W młodości miewałem dolegliwości gastryczne, z czasem odczuwałem coraz poważniejsze dolegliwości wrzodowe. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to czas, kiedy lekarstw na tego typu schorzenia było mało, a jeżeli ktoś chciał, było go stać i miał możliwości, to sprowadzał lekarstwa z zagranicy. W komunie skutecznych specyfików nie było, jednak „zgniły” Zachód takie leki miał – i to całkiem skuteczne.

            Próbowałem tej drogi, aby zdobyć odpowiednie lekarstwa, wykorzystując zagraniczne koneksje rodzinne. Suma, summarum – leki pomagały na jakiś czas, ale potem dolegliwości wracały. Coraz częściej ze swoim schorzeniem trafiałem do szpitala.

            Jednym z ważniejszych i najnowocześniejszych badań diagnostycznych była wtedy gastroskopia. Na szczęście, niektóre szpitale kliniczne już dysponowały  takim sprzętem. Wielu  oczekujących na badanie ustawiało się w długiej kolejce, którą i ja zasiliłem. Wreszcie przyszedł moment badania w szpitalu klinicznym przy ulicy Kopernika. Ulica ta przez krakusów nazywana jest ulicą szpitali i kościołów. Jak się zastanowić, jest w tym coś ważnego – bo i jedno, i drugie jest człowiekowi bardzo potrzebne…

            Doktor zaprosił mnie do gabinetu i poinformował, jak będzie wyglądało badanie. Nie ukrywam, że

kiedy szedłem do szpitala, odczuwałem ogromny stres,

wiedząc od tych, którzy badanie przechodzili, że trzeba… połknąć grubą rurę. Trudno, zobaczymy…

            Przed badaniem dostałem zastrzyk – „głupiego jasia”. Położono mnie na łóżku, lekarz znieczulił mi gardło, wszystko poszło całkiem dobrze – rura była w przełyku. W trakcie badania zaproponowano mi, że – jeżeli mam ochotę – to mogę przebieg badania oglądać na monitorze. Skorzystałem z tej możliwości chętnie, bo jako technik weterynarii, takie widoki jelit, i to jeszcze od środka, były dla mnie interesujące.

            Wracałem po badaniu bardzo podbudowany, myśląc, że niepotrzebnie tak się denerwowałem (nie wiedziałem jednak wtedy, co mnie czeka w najbliższej przyszłości…). Zostałem zakwalifikowany do zabiegu chirurgicznego, na oddział zwany „białą chirurgią”. Lekarz, oglądający moje wyniki, podsumował je konkretnie:

            – Pana  najlepszy czas na zabieg minął 10 lat temu!

            Nie komentowałem tego stwierdzenia, bo przecież przez te wszystkie lata byłem pod opieką lekarzy.

            W szpitalu wyznaczono mi kolejny termin gastroskopii, ale już na oddziale chirurgii. Po doświadczeniach poprzedniego badania, byłem całkiem spokojny, zrelaksowany. Wielu ludzi siedziało w poczekalni, w końcu usłyszałem swoje imię i nazwisko (nie tak jak teraz – proszą panią Anię i wstaje kilka pań, proszą pana Stanisława i wstaje kilku panów – nieszczęsne RODO…).

Już na początku zobaczyłem, że jest coś inaczej – nikt nie wyjaśniał mi przebiegu badania, nie dostałem „głupiego jasia”, nie znieczulano mi gardła. Kazano mi się położyć.

            Lekarz zapytał, jak się nazywam, czy miałem już takie badanie, kazał mi otworzyć usta i zaczęło się…Jak to mówią niektórzy: i „rura”. Faktycznie – rura poszła w głąb.

Wszystko odbywało się tak szybko, że nic nie mogłem zrobić.

Nie było mowy o oglądaniu obrazków na monitorze. Pielęgniarka przytrzymywała mi głowę, a lekarz dłubał we mnie jak… w spuście kanalizacyjnym. Najgorsze było to, że wdmuchiwane powietrze przy badaniu musiało się wydostać i bekałem – często, głośno i donośnie – jak bym trenował to wyczynowo.

            Lekarz skomentował:

            – Ale z pana wychodzi!

            Cieszyłem się, że głośno było tylko z przodu, a nie z tyłu – bo bym się spalił ze wstydu. Usłyszałem: koniec badania i szczęśliwy, chwiejnym krokiem, wyszedłem na korytarz. Spostrzegłem na sobie wzrok wielu oczekujących! Niestety wygląd wychodzących z badania nie dodawał otuchy innym pacjentom. Każdy z nas wyglądał, jakby brał udział w poważnej kolizji drogowej – z trudem poruszający się, zapłakany, włosy wzburzone, oczy wielkie, wystraszone. Początkowo byłem rozżalony, że tak „bezdusznie” potraktowano mnie i innych. Ale kiedy stopniowo dochodziłem do siebie, to moja ocena całkowicie uległa zmianie. Dzięki takiej technice badania, w ciągu dnia mogło skorzystać i być przebadanym, znacznie więcej osób, niż w przypadku poprzednio opisanej, delikatniejszej  metody.

            Niestety, przed operacją czekało mnie jeszcze jedno nieprzyjemne badanie – sonda żołądkowa. Kiedy udawałem się na badanie,  byłem bardziej zestresowany niż przed gastroskopią. Nie tylko ja, bo, patrząc w lewo i w prawo w poczekalni, widziałem ludzi niespokojnie oczekujących i wyraźnie zdenerwowanych. Wpuszczono nas do gabinetu, a tu

widok jak z horroru:

na każdym stanowisku czekała na nas rurka gumowa, ceglastego koloru i grubości cienkiego ołówka. Bez wnikliwego domyślania się wiedziałem, że muszę ją połknąć…Pielęgniarka spokojnym głosem poinformowała nas, że, faktycznie, należy rurkę połknąć i stopniowo wsuwać, aż do żołądka. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić!

            Już nikt się nie krępował, dławiliśmy się wszyscy – ciszej, głośniej. Jedno było pewne: nie mogliśmy wymiotować, bo przebyty post taką możliwość eliminował. To dławienie to taki „suchy przebieg”. Walczyłem z rurką wiele razy, pomagała mi pielęgniarka, w końcu udało się… Żal mi było tych, którym się nie udało, kilka osób opuściła gabinet. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i strzykawką Janetą – wysysała zawartość żołądka i wlewała ją do skalowanego słoika, który stał przed każdym z nas. Po pewnym czasie spostrzegłem, że mój słoik zapełnia się znacznie szybciej niż pozostałych. Kiedy ponownie pielęgniarka napełniała słoik, skomentowała mój wynik:

            – Pan to produkuje tych kwasów, jak w dobrej fabryce!

            Nie mogłem mówić z rurką w gardle, więc nie komentowałem jej „komplementu”, a dodatkowo nie rozumiałem, czy to rzeczywiście komplement, czy zwiastun czegoś niedobrego. Badanie trwało około dwóch godzin, wreszcie szczęśliwy moment, kiedy w ustach już nie było rurki. Tak się składa, że jeszcze dwukrotnie miałem wykonywaną sondę żołądkową i radziłem sobie całkiem dobrze – praktyka czyni mistrza! Przy następnym badaniu (czas pokazał, że to nie było ostatnie!), często podchodził do mnie lekarz i dopytywał:

            – Czy wszystko w porządku? Czy dobrze się pan czuje?

            Pomyślałem: grzeczny lekarz, taki miły, troszczy się o swoich pacjentów. W trakcie badania sytuacja się powtarzała. W pewnym momencie nawet zastanowiła mnie ta grzeczność, ale odpychałem takie myśli… Po co szukać dziury w całym – skoro lekarz dba o pacjentów. Po badaniu zatrzymał mnie doktor i zaprosił do gabinetu na rozmowę. Początkowo pomyślałem, że chodzi może o ten mój pełny słoik, ale… nie, szybko się przekonałem, że

nie chodziło o moje sprawy, tylko… pana doktora.

            Doktor zaczął:

            – Obserwowałem pana w trakcie badania i widziałem, że dobrze sobie pan radzi!

            Odpowiedziałem z dumą:

            – To już kolejne badanie. Nauczyłem się, jak być dobrym pacjentem!

            Lekarz, zakłopotany trochę, zapytał:

            – Mam do pana prośbę. Przygotowuję rozprawę doktorską i muszę przeprowadzić badanie w trakcie sondy żołądkowej. Czy zgodzi się pan wziąć udział w tym badaniu?

            Nie wiedziałem, co mnie czeka, ale, jako belfer, rozumiałem potrzeby nauki – więc zgodziłem się. Doktor jeszcze wspomniał, że przygotuje smaczną wołowinkę z cebulką. Pomyślałem, że może to w nagrodę – po badaniu poczęstuje mnie czymś dobrym, tym bardziej, że przed sondą muszę być na czczo.

            Przyszedłem w umówionym czasie. Pa doktor już czekał, a w gabinecie rozchodził się przyjemny zapach dobrego dania. Jak człowiek jest głodny, to taki zapach robi wrażenie. Okazało się, że tym razem sondę doktor wprowadzi przez nos, bo usta będą potrzebne do przeżuwania mięsa. Niestety, po nacieszeniu kubków smakowych i prowokowaniu żołądka do produkcji kwasów, mięso musiałem wypluwać. Lekarz, dopiero w trakcie badania, poinformował mnie, że sondowanie ma trwać… 4 godziny (co było dla mnie przykrą wiadomością!). Początkowo ten sposób wprowadzenia sondy (przez nos) wydawał mi się przyjemniejszy niż przez usta. Czas pokazał jednak, że bardzo się myliłem…

            Widok musiał być komiczny (widziałem uśmiechy na twarzach pielęgniarek): siedzi gość z rurką w nosie, kawałek po kawałku przeżuwa smaczne mięsko i… wypluwa do woreczka, a doktor co pewien czas odsysa z żołądka jego zawartość.

Czułem się głupio, całkiem jak pies z doświadczenia Pawłowa,

na którym wykonywano podobne doświadczenia. Niestety,  po dwóch godzinach, zaczął mnie bardzo boleć nos w środku. Do tego stopnia, że zagroziłem przerwaniem badania. Lekarz usilnie prosił, żebym wytrwał. Podał mi jakieś środki, które troszkę ból i pieczenie ukoiły. Dobiłem do czwartej godziny z wielkim trudem. I z radością opuściłem gabinet doktora, który dziękował mi za wytrwałość. Było mi to kompletnie obojętne, chciałem jak najszybciej opuścić gabimet.

            Nieraz miałem ochotę spotkać tego lekarza i zapytać go:

            – Czy pan doktor mnie pamięta? I czy teraz poczęstowałby mnie smacznym mięsem z cebulką?

            Ale już nigdy nie spotkałem tego lekarza…

 Józef Rostworowski