Umówiłem się ze swatową  –  zapaloną grzybiarą ,że kiedyś zabierze mnie  w miejsce gdzie ona zbiera  grzyby. Rzecz taka  wśród grzybiarzy nie jest wcale taka oczywista  bowiem rzadko który  dzieli się tą informacja z innymi.

W któryś piątek póżego lata   2023 roku,  telefon od swatowej z pytaniem jedziesz na grzyby ,rosną prawdziwki. Mnie w to graj ,mam wolne i umawiamy się na następny dzień.

Sobota przywitała piękną pogodą , cieplutko więc wymarzony dzień na grzybobranie.

Dołączył do nas wnuczek i z samego rana – tak około ósmej zapakowaliśmy się w samochód i w drogę. 

Las do którego pojechaliśmy był tak około trzydzieści kilka kilometrów od miasta i był mi totalnie nieznany. Jak to u nas w górach zbyry, padoły czyli mocno w dół i tak samo w górę. Ale jest przepięknie – drzewa szumią , pachną sosny , świerki , dęby , ludzi nie ma. Idziemy na grzyby .  Ja przedkładam samo obcowanie z lasem , który działa na mnie kojąco . Aspekt zbierania grzybów nie jest pierwszorzędnym. W zasadzie nie, ale po jakiejś godzince totalnej posuchy wnuczek  w końcu  oględnie artykułuję ,że coś w tym lesie jest nie tak.  Idziemy cierpliwie dalej i zaczynamy znajdować pojedyncze grzyby. Szału nie ma, ale plener nadal przepiękny.

Idylla trwała do momentu gdy zadzwoniła mi kieszeń. Zwykle odbieram , więc i teraz odebrałem. Dzwoni pan z Koniecznej / miejscowość na granicy ze Słowacją ok. 40 km. od miasta./ i prosi żebym przyjechał do niego  bo się krowa nie może wycielić. Nogi wystają , cielak chyba martwy . Informuję  go ,że jestem w lesie daleko od domu i najlepiej jakby poszukał kogoś kto jest w tej chwili dyspozycyjny. Panie – odpowiada , obdzwoniłem wszystkich w okolicy i albo nikt nie odbiera  albo nie mogą przyjechać. Informuję go ,że ja mogę być najwcześniej z jakieś trzy godziny więc niech próbuje jeszcze kogoś złapać. Po około godzinie dzwoni po raz kolejny.  Doktorze – nic się nie zmieniło , teraz nikt nie odpowiada , proszę więc ,żebyś pan przyjechał.

No dobra zbieramy się z lasu, ale droga powrotna w lesie wcale nie jest krótka i prosta.  Odebrałem jeszcze kolejny telefon z pytaniem czy aby na pewno przyjadę. Moja odpowiedź – jak obiecałem to przyjadę i  tak  prawie w samo południe dojechałem do gospodarstwa. Gdy przebieram się w domu uderza mnie intensywny  zapach suszących się grzybów. Młoda gospodyni informuje ,że rano byli chwilę na grzybach i teraz się je suszy.  Mimochodem podzieliłem się z nią informacją o kiepskich wynikach mojego pobytu w lesie. Przebrałem się  i idziemy do obory, przed którą w wago-poskromie na środku placu ,blisko szosy  prowadzącej do nieodległej  granicy , ale za to w pełnym słońcu stoi ok. 400kg rasy mięsnej  o wyglądzie byka. Okazało się ,że jest to gospodarstwo praktykujące wolny chów bydła – czyli prawie na dziko. Krowy chodzą po polach razem z buhajami więc nikt nie wie do końca  kiedy która ma mieć termin porodu  i przeważnie cielą się same na pastwisku.  Poprzedniego dnia zobaczyli  ,że jedna sztuka  odstaje od stada i udało im się ją zgonić do obory. Bydle- jałówka nie pozwoliło podejść do siebie więc niewiele wiedzieli , tyle tylko ,że z pochwy wystają nogi. Zostawili ją w spokoju , tak jak to robili dotąd ,żeby sie wycieliła. Rano nic nie uległo zmianie więc spróbowali bydlątko zbadać. Skończyło się na „rożnym „ ataku więc poprzestali na tym. Przegonili ją do poskromu i zaczęli szukać pomocy.  Do pacjentki nie można było podchodzić od głowy , ale niewiele sobie robiła gdy obrabiało się jej zadek. Stwierdziłem ,że z pochwy wystaje tak z pół metra wielkich , grubych  i obłażących ze sierści  przednich kończyn .Miejsca na rękę w drogach brak. Reasumując:  cielak  martwy nie od dzisiaj , a   o naturalnej drodze rozwiązania porodu  należało zapomnieć. Bezwzględnie za duży , martwy płód.  Decyzja – albo zabicie i utylizacja  albo cesarka z niepewnym rokowaniem . Gospodarz  ze słowami  – doktorze to są bardzo mocne bydlęta , zgadza  się na cesarkę. Toaleta , golenie , odkażenie, znieczulenie przykręgowe  i do roboty.

Zabieg robiłem ekspresowo bo z tyłu głowy było pytanie  – kiedy ta krowa – stojąca w poskromie w pełnym słońcu od rana ,  położy się i uniemożliwi kontynuowanie operacji. Wcale nie było łatwo bo  cielak olbrzymi i bezwładny , a i temperatura na polu  co raz wyższa . Sporo wysiłku kosztowało  krzepkich pomocników wyciągnięcie płodu przez otwór w ścianie brzucha , który musiałem kilka razy powiększać . Z ciekawości zważyli denata – 83kg.   Woda lała  się ze mnie nie mniej niż z krowy , którą zaleciłem obłożyć mokrymi szmatami bo próba zmontowania daszka , który zabezpieczył by nas przed słońcem  spełzła na niczym.  Na pobliskiej szosie niejednokrotnie zatrzymywały się samochody i ludziska przyglądali się wszystkiemu – teatr przydrożny. Asystent wycierał mi regularnie twarz bowiem pot zalewał mi oczy, a rękaw fartucha  było równie mokre jak czoło. Wypijana woda nie gasiła pragnienia. Szczęśliwie krowa pozszywana choć trochę żałowałem, że nie przestawiłem się na klamerki do łączenia skóry bo ta jak na prawdziwym byku – gruba i twarda.Trzeba było uciekać się do sprawdzonej metody pomocy w szyciu przy użyciu grubej igły iniekcyjnej. Macica zabezpieczona  i wypadało by jeszcze podać dożylnie trochę płynów .Ale jak to zrobić gdy reakcją zwierzęcia na  zbliżenie się do głowy to  protest całego wielkiego ciała , od którego  trzeszczał poskrom z solidnych rur zrobiony. Cóż – siła wyższa. Tylko oxytocyna i.m.

Teraz priorytetem było zabranie pacjentki spod palącego słońca. Chłopy przygotowani na takie dictum – z przenośnych barierek migiem zmontowali korytarz,  którym bydlątko na chwiejnych nogach przeszło do obory . Tam zaszyło się w zakamarek i położyło  . Ale czujne i reagujące na próbę podejścia wstawaniem i przyjmowaniem postawy agresywnej.

Uff –koniec.  Idę się umyć . Na szczęście dom nowoczesny z łazienką i prysznicem. Jak wyszedłem odmieniony  gospodyni prosi na obiad. Zasiadam do stołu z całą rodziną i asystentami. Obiad pyszny . Wielka noga ze świeżo ubitego koguta palce lizać ,ale najlepszy był  kwaskowaty chłodny kompot chyba z jabłek i rabarbaru. Gdy zbieram się do domu gospodyni przynosi wielką torbę z prawdziwkami i wręczając mi mówi – poleciały my na szybko do lasu.

Po powrocie do domu zabrałem się do obrabiania grzybów – prawdziwki do suszenia – prima sort .

Jeszcze tego dnia odebrałem kilka telefonów od znajomych z zapytaniem  , co tam robiłem tej krowie przy drodze. Cholera jaki ten świat jest mały.

W poniedziałek dzwoni powiatowy  z informacją ,że otrzymał od właściciela krowy/sołtysa wsi/ podziękowania dla mnie za załatwienie sprawy.

 A las w tej okolicy pachniał pewnikiem  bardzo podobnie do tego w którym byłem z rana . Jak wszędzie „ tubylcy” chodzili do niego po grzyby jak do sklepu , a ja nadal  jestem amatorem samotnego obcowania z lasem i chodzenia na grzyby .

W lesie  jest cicho , spokojnie i nikt od ciebie niczego nie chce…………..  .

ps.   Krowa , bez jakichkolwiek powikłań doszła do siebie. Inaczej być nie mogło bo to po prostu niezwykle silne bydlątko. Jak tu chłopu nie wierzyć.

Jerzy Harmata