Stan wojenny , zima , noc, dyżur . Zgłoszenie do chorego konia. Zgłoszenie jakich wiele więc nie zapadło w pamięć. Ze zgłoszenia trzeba wrócić do domu , a to już całkiem inna sprawa. Jadę służbową Syrenką R 20 więc na pace wiozę wiatr. Ciemno jak cholera bo niebo zaciągnięte chmurami ,a śnieg pada tak mocno jakby w niebie jakiś nadgorliwiec wysypywał zapasy . Syrenka , jak to Syrenka burczy pod maska , reflektory wyłaniają drogę z objęć nocy. Śniegu dużo więc po obydwu stronach jezdni wysokie wały. Wjeżdżam na padak prowadzący do drogi ,którą obecnie kryją wody zalewu Klimkowskiego. Grał on w filmie Ogniem i mieczem Hoffmana robiąc za rozległy Dniepr.
Nagle w światłach samochodu pojawiają się białe ,przemieszczające po drodze plamy – nic tylko duchy. Noga instynktownie wcisnęła sprzęgło, a druga odrobinę póżniej gaz. Silnik wskoczył na wysokie obroty i zawył w niebogłosy. Hamulec do dechy , autem trochę zarzuciło ale w końcu zatrzymało się. Duchy zniknęły. Cholera przecież niczego nie piłem więc skąd zwidy. Ochłonąłem chwile i dalej w drogę. Ruszanie z kopnego śniegu chwilę potrwało. Po paru minutach jazdy znów to samo tylko tych białych plam, tak jakieś metr nad ziemią ,więcej. Są w parach i ruszają się jakby tańczyły. To nie przelewki, w desperacji znów gaz do dechy . Silnik jak się w końcu zebrał to zawył i w pewnym momencie pod podłogą odezwał się ryk. Ponieważ wcześniej doświadczyłem takiego zdarzenia wiedziałem ,że rozłączyły się rury wydechu zaraz za silnikiem. Samochód dostaje wtedy kopa i w reflektorach widzę ,że te duchy poruszają się na smukłych nogach. Po chwili rozpierzchają się na boki i niektóre utykają w śniegu pobocza. Co widzę – to stado łań , a te zimą mają piękne białe portki na zadach . Zacząłem się z siebie śmiać . Nagle samochód wpada w zaspę na drodze , za szybą biały tuman , coś stuknęło , zakołatało ,ale po chwili wszystko wraca do normy. Dzięki dużej prędkości przeskoczyłem przeszkodę. Pewnikiem w innej sytuacji utknął bym w tej zaspie. W środku nocy , na kompletnym bezludziu kiepska perspektywa. Droga powrotna odbywała się przy akompaniamencie ryczącej syrenki. Każde dodanie gazu mocno wzmacniało te odgłosy ale też utwierdzało mnie w przekonaniu ,że jest dobrze. Trzecia rano więc niewątpliwie pobudka w domach wzdłuż drogi. Gdy wjechałem do miasta okazało się ,że wcześniej to było cicho. W rynnie domów ryk silnika znacznie się wzmagał odbity od każdego z nich . Starałem się jechać prawie bez gazu i w końcu szczęśliwie dojechałem do lecznicy. Milicjanci też ludzie i o tej porze nie było ich na mojej drodze. Jak schodziłem z dyżuru ,kierownik lecznicy który mieszkał nad nią zapytał : jaki to klient w środku nocy zajechał z takim fasonem na podwórko . Z głupia frant odpowiedziałem ,że pół nocy ciężko pracowałem i chyba nic na ten temat nie wiem. Wszystko jednak niebawem wydało się bowiem aby naprawić wydech , musiałem wjechać na rampę usytuowaną bezpośrednio przy lecznicy . Żeby to zrobić trzeba było mocno dodać gazu , a to skutkowało rykiem silnika. Na takie dictum pootwierały się okna w pobliskim Oddziale Terenowym – odpowiedniku dzisiejszego Inspektoratu powiatowego i urzędnicy sprawdzili co to tak hałasuje . W tych czasach ,żeby mieć czym jeździć trzeba było samemu w miarę możliwości podziałać ,bo wizyta w TSOS-ie tak od ręki nie wchodziła w rachubę. A cała robota to przecież tylko wsunięcie z powrotem rury w rurę i mocne zaciśnięcie obejmki- cybanta .
Cóż, codzienne uroki bycia młodym lekarzem na rubieżach gdzie i duchy pod przeróżnymi postaciami robią za anioła stróża. Czyż nie ???.
Jerzy Harmata