Uff… Udało się! W 1984 r. nareszcie skończyłem studia. Obijałem się na nich od roku 1977 – rok studiów i co sześć miesięcy urlop: dziekański, potem zdrowotny, znowu dziekanka. Bo pracowałem w Niemczech i tak to leciało – wesoło i dostatnio. Ale do rzeczy.
Indeks, karta obiegowa, biegam po katedrach, zbieram podpisy, już jestem jedną nogą na mecie, a tu brak 1 profa – ,,Ali Baby” (prof. Stanisław Tarkiewicz, diagnostyka kliniczna zwierząt) Szukam, gdzie się da. Ale przepadł, jak zwykle, nigdzie niedostępny. Może zamknął się w gabinecie? Po siedmiu dniach bezowocnych poszukiwań,
dostaję wiadomość z dziekanatu: właśnie się pojawił.
Łapię taxi, by mi nie uciekł, jadę, pukam grzecznie i niepewnie naciskam klamkę.
– Dzień dobry, panie profesorze. Przyszedłem z kartą obiegową do uzupełnienia…
– Proszę usiąść, panie doktorze.
Byłem zaskoczony. Ale to pestka – przecież już mnie nie zapyta.…
– Panie doktorze, pamiętam pana bardzo dobrze. Ile to razy zdawał pan u mnie egzamin z diagnostyki?
– 21 razy, panie profesorze… – głos mi w gardle drży.
– No właśnie, właśnie. I co teraz ma pan zamiar robić?
– Chciałbym pracować, jak inni moi koledzy. Może leczyć zwierzęta? A może obiorę inną drogę…
– O, właśnie! Ja mam dla pana doktora propozycję…
Zatkało mnie. Chyba się dziwnie uśmiechnąłem, bo profesor popatrzył na mnie i też się uśmiechnął, po czym przeszedł do konkretów:
– A więc proponuję panu pracę w mojej katedrze
na stanowisku młodszego asystenta. Co pan na to?
Teraz to już zatkało mnie kompletnie. W końcu wydusiłem cichutko:
– Ale, panie profesorze… Dlaczego ja? Przecież zdałem dopiero po 18 miesiącach, za 21 razem…
– No właśnie – dlatego. Ja nie zaliczyłem panu z litości, tylko za wiedzę.
Cisza się wydłużała w nieskończoność, nie wiedziałem, jak wybrnąć. Profesor mi pomógł:
– Proponuję, żeby się pan zastanowił. I proszę się do mnie zgłosić za trzy dni. W piątek mamy kolegium dziekańskie, zgłoszę pańską kandydaturę – powiedział na zakończenie rozmowy, oddając mi nie podpisaną kartę obiegową.
Wpadłem na pomysł że pójdę do dziekanatu i porozmawiam z dziekanem, prof. Stanisławem Wołoszynem. Dziekan przyjął mnie nadzwyczaj miło, bo nareszcie… nic od niego nie chciałem (tzn. zgody na wydanie paszportu na wyjazd do RFN).
– Gratuluję, panie doktorze! Mam nadzieję, że nie odmówi pan profesorowi Tarkiewiczowi – zaczął na wstępie.
A to heca! Zaskoczył mnie jeszcze bardziej, niż prof. Tarkiewicz.
– To już pan dziekan wie? – wydusiłem z siebie.
– Tak, w piątek posiedzenie. Ja nie widzę problemu…
– Ale ja, panie dziekanie, widzę, ponieważ bardzo długo studiowałem, a mój indeks nafaszerowałem dwójami w 75%, więc chyba nie zasłużyłem na takie wyróżnienie.
– Dla mnie to bez znaczenia.
Liczy się wiedza, intuicja i zdolności.
A tak pana ocenił pan profesor Tarkiewicz.
Wróciłem do prof. Tarkiewicza. Powiedziałem, że przyjmuję ofertę. Pozytywnie przeszedłem kwalifikacje i od 1 października miałem zacząć pracę.
Stało się inaczej. We wrześniu spotkałem na ulicy kolegę, lekarza weterynarii Wojtka Strojnego. Studia kończyliśmy razem; ja – spóźniony, on – w terminie. Szukał pracy. Opowiedziałem mu swoją historię i zapytałem, czy nie chciałby pracować na uczelni na moim miejscu, ponieważ mam już drugą ofertę pracy – w lecznicy w Ostrówku, rejon Lubartów, na stanowisku ordynatora.
Wybraliśmy się do profesora Tarkiewicza z propozycją zamiany. Zgodził się, gdy użyłem mocnego argumentu: niedawno urodził mi się mój pierworodny syn. Poza tym mam już załatwioną pracę w lecznicy. Wojtka zresztą wysoko cenił, więc do zamiany doszło już bez oporów. Wszyscy byliśmy zadowoleni.
Wojtek po kilku latach wyjechał do USA, do Chicago.
Wojciech Zacharczuk