Pana Stanisława poznałem ,gdy zacząłem wykonywać badania monitoringowe zlecone przez powiatowego. W papierach figurowało ,że pan ten ma stadko kóz w pod gorlickiej wsi Bielanka . Na wszelki wypadek zadzwoniłem pod podany w rejestrze nr. telefonu i zaawizowałem swoją obecność następnego dnia – tak koło południa. Miejscowość oczywiście znałem. To położona w górach niewielka łemkowska wioska , gdzie masywy górskie pooddzielane są od siebie wąwozami strumieni zlewających się finalnie do rzeki Ropa i wszędzie jest pod albo z góry. Centrum wsi ze starą, zabytkową drewnianą cerkwią teraz w roli kościoła ,cmentarzykiem z dwoma rodzajami krzyży, szkołą, sklepikiem i przystankiem autobusowym to miejsce w miarę płaskie. Znalazłem gospodarstwo – pięknie położone na grzbiecie góry z jednej strony łagodnym , a z drugiej zakończonym gwałtownym uskokiem, na dnie którego płynął schowany w starym lesie strumyk. W promieniu kilkuset metrów od domu tylko łąka i żadnego drzewa . Za to gęsta ściana lasu zamykała horyzont od zachodu. Jest póżna wiosna więc lasy w niezliczonych odcieniach zieleni: ciemne od świerków, sosen i jodeł, jaśniejsze od modrzewiów , brzóz czy wierzb oraz całej gamy innych uzupełniających całość kolorów . Miejscami górskie zbocza obleczone w zieleń bielą wyspy z wszelkiego rodzaju kwiecia dziko rosnących śliw, cześni, wiśni oraz korczyny nazywanej tu korcipką, która pachnie okrutnie, szczególnie wieczorem. Tę harmonię zieleni zakłócają kikuty martwych drzew choć niektóre z nich to tylko te , które liście wypuszczają póżniej. Ziemia też zielona trawami licznie przeplatana żółtymi słoneczkami z mlecza i białymi ze stokrotek , oraz nieliczne jeszcze dmuchawce , które już niedługo pokryją okolicę latającymi na wietrze nasionkami . Widok zapierający dech w piersiach i choć rok rocznie oglądam ten pokaz przyrody zawsze podziwiam pory roku malowane barwami . Wystarczy poczekać jeszcze niespełna pół roku by móc rozkoszować się kolorową jesienią . W takiej scenerii stoi oddalony kilkaset metrów od drogi cel mojej wizyty . Dojazd przez łąki i gdy mokro –możliwy tylko w dół. Tak też było tego dnia. Zostawiłem więc samochód przy drodze i łąką poszedłem do klienta. Budynek w stylu góralskim , ale nietypowy dla tej okolicy . Bardziej pasował by na Podhalu, bo domem stąd jest o wiele skromniejsza chyża . W zamyśle chyba budowany był pod agroturystykę . Obok też drewniane zabudowanie gospodarcze otoczone suchym teraz błotem . Z domem łączyła je ułożona z kamieni ścieżka ,na końcu której stała studnia. Chałupa- wielka ,drewniana , kryta gontem i zamknięta na cztery spusty. Nikt też nie odpowiada na wołanie. Diabli nadali , przecież umawiałem się z chłopem.
Z zza stodoły słychać meczenie kóz więc tam poszedłem . W niewielkim okólniku stadko kilku ładnych kóz , które uciekają na mój widok. Uciekają wszystkie , ale po chwili jedna z nich przybliża się, jakby chciała sprawdzić po co tu przyszedłem. Gdy z kieszeni wyjąłem kawałek bułki śmiało podchodzi i bez pośpiechu bierze go z mojej ręki. Ponieważ cały wybieg pozbawiony jest jakiejkolwiek roślinności wnoszę ,że kozy po prostu są głodne. Zaglądam do stodoły – tu za otwartymi na oścież wierzejami wyziera podzielone na cztery części wnętrze. Dwie wyglądają jakby miały służyć za kojce dla zwierząt , a w pozostałych trochę siana i słomy. Przez środek biegnie wyschnięte klepisko będąc przedłużeniem tego mokrego z zewnątrz i pewnikiem przy intensywnych opadach przestaje być suche. Biorę sporą garść siana i wracam do kozy. Ta czeka na mnie i najspokojniej w świecie zabiera się za przyniesiony pokarm. Po chwili pozostałe pojedynczo podchodzą do niej i też jedzą nie zwracając na mnie uwagi. Siano szybko znika. Przynoszę teraz spore naręcze i rzucam je zwierzakom . Obracam kilka razy bo siano znikało w szybkim tempie. Cholera – po prostu głodne. Czekanie prędko mi się znudziło i nie miałem ochoty powtórnie tu przyjeżdżać pobrałem więc wg. klucza jedną próbę krwi. Bez problemu -właśnie od tej śmiałej. Gdy po nieskutecznej próbie dodzwonienia się do delikwenta przybijam do drzwi igłą iniekcyjną kartkę do niego rozlega się warkot silnika i zza lasku wyjeżdża przerobiona na trójkołowiec WFM- ka. Podjeżdża z fasonem pod dom i w tumanie spalin z rury zatrzymuje się przed drzwiami . Okazuje się, że to jest właśnie gospodarz – pan Staszek . Tak na oko czterdziestolatek. Na powitanie informuje ,że czekał na mnie , ale musiał pilnie pojechać coś załatwić we wsi i trochę mu zeszło. Przedstawiłem się i bez wstępu w dobitnie męskich słowach skomentowałem to co zastałem. Pan Staszek w zasadzie nie protestował lecz przywołał całe mnóstwo argumentów ,że to tylko zbieg niepomyślnych okoliczności i solennie obiecywał ,że od dzisiaj będzie już dobrze. Przy okazji dowiedziałem się w jednym pakiecie ,że : on gazduje tutaj przypadkiem bo kilka lat temu przeniósł się tutaj spod rodzinnego Nowego Targu – gdzie juhasił , a te kozy to nie jego tylko siostry . Puściłem mimo uszy tę tyradę i niezwykle poważnie naświetliłem mu co go czeka w razie nie wywiązania się z obietnicy. Dudnienie piersi, w które bił się gazdujący były juhas poleciało od odległej ściany lasu i chyba nie wróciło echem . Na odchodne zapowiedziałem, że niebawem zaglądnę i sprawdzę jak się mają kozy. Jakoś się nie składało aby spełnić groźbę ,ale po kilku miesiącach klient sam się o to poprosił .Zadzwonił z prośbą o przyjazd do chorej kozy. Tym razem podjeżdżam pod sam dom ,tylko że ten znów zamknięty i nikt nie odpowiada na wołanie. Idę do stodoło – koziarni . Na wybiegu- dalej ogołoconym z jakiejkolwiek roślinności cztery kozy. W jednym z kojców leży piąta. Cholerka to chyba ta najśmielsza. Bez kontaktu , z trudnością w oddychaniu ,oznaki przebytej biegunki . W wydychanym powietrzu czuć chyba acetonem, a druga strona śmierdzi czymś czego nie mogę niczemu przypisać. Po kilku minutach znany odgłos trójkołowca awizuje gazdę. Już na wstępie jednym tchem informuje mnie ,że wraca ze wsi gdzie miał nie cierpiąca zwłoki sprawę do załatwienia ,ale teraz kozy mają się dobrze . Pasą się ile chcą, dostają też owies i chleb. Na pytanie co z tą leżącą- ano to jest najbardziej żerna w stadzie i potrafi uciec z każdego ogrodzenia .Ze dwa dni temu uciekła , jak wróciła zrobiła się osowiała , dał jej chleba i owsa, nie wie czy zjadła bo inne też tam są , a wczoraj się położyła, no i leży. Badam zwierzaka – temp. około 30, duszność wdechowo wydechowa, bradykardia ,brak reakcji na bodżce, w brzuchu cisza. Czyżby ketoza , ale skąd te dodatkowe objawy.? Panie Staszku /mówię/,koza jest w zasadzie w stanie agonalnym , czy zjadła coś czego nie powinna ?. Jadła to samo co wszystkie , może coś zażarło na uciekinierce. Cholerka – nie mam pomysłu co jej jest. Więc ketoza , tylko z czym jeszcze. Spróbujemy coś podać – może poskutkuje, choć mam wątpliwości czy to cokolwiek da . Wlew dożylny leków. Zaczęła wracać świadomość. Światełko w tunelu nadziei. Przeglądnąłem wszystkie pozostałe kozy, ale ich stan nie budził żadnych zastrzeżeń. Dobra nasza, teraz tylko instruktaż co należy kozie podać i koniec wizyty .
Zapomniał bym o p. Staszku ,ale latem następnego roku w piękny – upalny dzień zgłoszenie – chory koń co nie chce chodzić. Podjeżdżam pod sam dom , znów zamknięty . Stodoła pusta. Żywej duszy i żadnego konia , kóz zresztą też. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem siadam i czekam. Po jakimś kwadransie zza stodoły wyjeżdża trójkołowiec ze Staszkiem za kierownicą. Co jest grane pytam , gdzie ten chory koń?. W odpowiedzi -jest na pastwisku – siadaj pan na pakę to migiem dojedziemy. Ładuję torbę z lekami , swoje cztery litery na tę pakę i jedziemy – kilkaset metrów ,ciągle w dół . Dojeżdżamy do starszego i mocno otyłego hucuła w postawie kobyłki do cięcia drewna . Nie reaguje na nas. Sama postawa stawia diagnozę. Badam nogi – tętnice palcowe tętnią jak w książce stoi, a puszki gorące i bolesne. Ochwat kopytowy jak malowany. Tylko dlaczego w takim nasileniu.
Panie Staszku – mówię, co i od kiedy z tym koniem. Doktorze, to nie jest mój koń, to koń mojej siostry , jest u mnie na przechowaniu. Ma jak w niebie ,nic nie ma do roboty, łazi se po całym pastwisku kiedy chce ,żre też owies – został po kozach , czasem daję mu też chleb / taki przeceniony w sklepie/. Przedwczoraj nie wrócił do stajni , jakem go znalazł w tym miejscu to nie chciał iść pod górę. Dałem mu pić , zaczął kopać brzuch ,a potem z niego poleciała woda i się uspokoił. Wczoraj w zasadzie było normalnie tylko, że nie można było go ruszyć z miejsca i mówi się do niego jak do ściany.
Cholera jasna takiego ochwatu bardzo dawno nie widziałem. Dawniej to było schorzenie pracujących koni. Najczęściej z przeciążenia czy urazu kopyta . Czasem w wyniku problemów poporodowych albo niestrawności choć tego ostatniego nigdy nie widziałem. Leczenie wtedy było w miarę proste. Można było w zależności od potrzeby : oczyścić macicę, dać odpocząć kopytom, mocno je ochłodzić, upuścić krwi , dać steryd albo lepiej dożylnie butapirazol i po ochwacie. Teraz koniska żrą ile chcą , nic nie robią ale za to pracują na zespół metaboliczny czy też inne cholerstwa i podobno jedząc tylko trawę . Badanie ogólne w zasadzie nie wniosło niczego nowego. Ochwat kopytowy o dużym nasileniu wszystkich kończyn z dużą bolesnością puszek . Tylko skąd otępienie i ten incydent jelitowy. Temperatura 38,2. Może tak reaguje na bolesność kopyt albo przegrzał się stojąc na upale ?. Leczymy ochwat i przegrzanie. Dożylne leki ,zimna woda na okręcone szmatami kopyta – koń się ożywił ale przeszedł pod górę tylko kilka kroków i dalej ani myśli. Dołożyłem do żołądka preparat przeciw fermentacyjny . Zalecam ciągłe schładzanie kopyt zimną wodą , a letnią całego konia i za wszelką cenę zabranie go z tej słonecznej patelni pod jakiś dach gdzie jest chłodniej . Jakby chciał jeść to trochę płukanego siana i woda do picia. Tyle mogłem na ten czas zrobić. Za dwa dni telefon – koń zniknął. Czyś pan oszalał – to ja przyjadę szukać pańskiego konia ?- pytam. W odpowiedzi – ano w zasadzie to koń jest ,tylko i tak trzeba przyjechać. Jadę – znów pod sam dom. Tym razem zaraz pojawia się pan Staszek. Rozmowa ma mniej więcej taki przebieg – doktorze – jedziemy do lasu. Po jaką cholerę do lasu?. Do lasu do konia. Panie czy od tego gorąca coś się panu we łbie poprzestawiało?. Nie , ale koń stoi w strumyku , tam woda zimna jak cholera to i kopyta zimne , tam też jest dużo cienia . Dębieję !! . Jedziemy trójkołowcem znów tylko w dół ,tak co najmniej kilometr – aż do ściany lasu. Tu naprawdę strome urwisko ,na dnie którego płynie wśród kamieni strumyczek ,a w nim stoi pacjent . Obok niego trochę siana. Częściowo na własnych nogach , a większość na też własnym tyłku zjeżdżam na dół lądując w wodzie .Dobrze ,że leki w torbie wytrzymała eksperyment. Na dole kilka ciepłych słów – tak dla zasady jakby bez adresata. Patrz pan informuje pan Staszek – woda zimna , tam na górze zaraz robiła się ciepła , a i cienia tu nie brakuje. Wymoczę tu siano i ma żarcie. Tylko prawie nie chce tego jeść. Za to pije bo woda czysta , a on tyfus – z brudnego wiadra pić nie będzie ,więc se sam do strumyka chodził.
Nie pytam jak ten chory koń tutaj się znalazł . Na ścianie urwiska nie widać śladów toczenia się czegoś dużego , a i koń nie ma na sobie żadnych uszkodzeń . Ja jednak zjechałem na d… z tej stromizny, która ciągnie się jeszcze kawał w dół strumyka . Może gdzieś tam niżej schodzili.?. Badam konia – w zasadzie bez zmian. Tętnienie dalej jest, czy kopyta bolesne nie mogę stwierdzić bo koń ani w przód ani w tył , a o podniesieniu którejkolwiek nogi należało zapomnieć. Do tego wybrał sobie miejsce gdzie woda sięgała sporo ponad pęciny . Otępienie jest nadal, mam podejrzenie ,że nie widzi i nie słyszy. Czy je – nie wiadomo, czy się wypróżnia i sika – to samo. Glukoza ponad 200 – dużo !. Czy to świadczy o cukrzycy diabli wiedzą. Osłuchowo nic nie znajduję , choć perystaltyka jelit osłabiona , a w płucach lekkie spazmy. Temp. lekko podniesiona. W zasadzie nie mam pomysłu co w tych warunkach począć. Konia nie da się ruszyć z tego miejsca. Mam przeświadczenie ,że nie jestem mu w stanie zaszkodzić więc wracam do sprawdzonej dawniej metody leczenia ochwatu tj. upustu krwi i dożylnego wlewu sporej ilości płynów ,z niby nielogicznym środkiem moczopędnym. Po tym 5%DMSO też dożylnie. Na dokładkę insulina i antybiotyk . Po jakiejś godzinie porządnie się wysikał – mocz podbarwiony czerwienią , glukoza 160 , lekkie zainteresowanie otoczeniem – zaczyna grzebać pyskiem w sianie. Czyli zmysły zaczynają wracać. Może to dobry prognostyk. Oby. Umawiam się na kolejny dzień i trawersując po zboczu wydostaję się z wąwozu. Rozglądam się po okolicy – w górę strumyka tylko gorzej z dostępem bo skarpa co raz wyższa .Teraz tylko spacer do samochodu i jadę do domu. Telefon p. Staszka następnego dnia. Mam przyjechać bo z koniem nie jest lepiej. Okazuje się ,że koń nadal w strumyku . Doszedł do zakrętu i teraz ani w przód ani w tył. Zjadł wczoraj trochę siana, zainteresował się otoczeniem, ale dzisiaj niczego się nie tknął. Stoi i kiwa się we wszystkie strony. Badam go po raz kolejny : w zasadzie bez kontaktu , nie widzi ? ,nie słyszy, tętnienie b. lekkie ,tony serca głuche z arytmią, oznaki spazmu w drogach oddechowych, perystaltyka jelit ledwo słyszalna , glukoza koło stu . Moim zdaniem zbliża się do upadku . Ale z jakiego powodu – nie wiem. Ochwat dotąd nie zabijał. Poddaję się. Sugeruję aby skrócić mu męki i poddać go ubojowi. Pan Staszek zgadza się więc obdzwoniłem kogo trzeba i spacer powrotem. Tym razem nie walczę ze stromiznę lecz idę w dół strumyka. Po ok. stu metrach stok zakręca i się urywa. Po wydeptanej kopytami ścieżce idę do góry. Nie jest całkiem lekko , ale w miarę łagodnie. Gdy wychodzę z ciemnego lasu otwiera się widok od dołu na połoninę ,której zwieńczeniem jest błękitne niebo . Nagle ni stąd ni z owąd z tego czystego nieba zaczyna padać rzęsisty deszcz. Padało kilka minut , ale to wystarczyło żeby przemoknąć do nitki. Doczłapałem do samochodu ciągle mając mętlik w głowie . Siadam za kierownicę i jazda do domu. Ale pod górę nijak nie da się jechać – wszystko mokre i śliskie . Teraz tylko w dół po czymś co kiedyś było drogą. Jazda po wybojach i kamieniach różnej wielkości nie należy do najprzyjemniejszych. Za pierwszym zakrętem mijam nie pasujący do tego miejsca szpaler niskich ,ciemno zielonych krzewów odgradzających od drogi coś w rodzaju grządek z warzywami. Przejechałem jakieś sto metrów gdy dotarło do mnie ,że to był chyba był bukszpan. Zatrzymuję się i piechotą wracam do nietypowych krzewów. Bukszpan bez wątpliwości. Grządki / mocno powiedziane/ oddzielone od pastwiska kilkunastoma żerdziami i rozciągniętym sznurkiem , a od drogi bukszpan. Cholera jasna – te nie ochwatowe objawy mogły być wynikiem zjedzenia przez konia bukszpanu. Może i owca zaliczyła ten skrawek ziemi. Pan Staszek zapytany telefonicznie o taką możliwość w zasadzie nic nie powiedział , ale podkreślił ,że bukszpan sam posadził zaraz na początku gazdowania bo przecież ładnie wygląda.
Rozbrat z panem Staszkiem trwał około dwóch miesięcy. Przerywa go tym razem zgłoszenie do konia co od wczoraj się tłucze. K.. mać co teraz ?.
Tym razem p. Staszek czeka na progu domu. Chory jest koń -hucuł , znów własność siostry, co chodzi se po całym polu, je co chce. Wczoraj albo przedwczoraj przesrało go , tarzał się , chyba rzygał i potem się uspokoił , dziś stoi , nic nie je i nie pije . Idziemy tym razem do stodoło – stajni. Stoi w niej starszy , gruby hucuł wprasowany w ścianę. Nie reaguje na nas . Z daleka widać że jest z nim żle. Dotykam go – chłodny. Wygląda jakby obsechł po obfitych potach mając ślady błota na całym ciele . Zapadnięte, mętne oczy , spojówki suche ,blade -szaro brudne. Takie same śluzówki. Serce głuche -szybkie , w brzuchu cicho . Pytam p. Staszka czy na pewno widział, że koń wymiotował . Na pewno i do tego leciało mu nosem. Cholera jasna , pękł mu żołądek. Dla potwierdzenia wkładam sondę – lewaruję -jednostajnym strumieniem wylewa się brudna breja. Na pewno pęknięty żołądek i to nie dzisiaj. W pewnym momencie wyrzucam z siebie co myślę o gazdowaniu byłego juhasa. Pewnikiem przekazałem to z użyciem słów ,których teraz nie można powtarzać. W pełni cenzuralne było na pewno tylko pytanie – jak konia poił. Ano sam znalazł se drogę jak tamten .
Krąg historii zwierząt z tego gospodarstwa w moim odczuciu otarł się pewnikiem o bukszpan. Przez czterdzieści lat pracy nigdy nie spotkałem się z takim przypadkiem. Widziałem zatrucie cisem, tują czy jaskrem , ale nie bukszpanem .Może dlatego ,że wtedy nie było go po wsiach. Czy i dlaczego mądre zwierzęta go zjadały pozostało ich tajemnicą – może zanęciły je pseudo grządki?. Za to los na pewno postawił na ich drodze pana Staszka z jego filozofią życia , konsekwencją której było ich nemezis.
To tylko moje spekulacje pozbawione niepodważalnego dowodu. Zatem w myśl art.5 paragraf 2 kodeksu postępowania karnego wszystkie niejasności niemożliwe do weryfikacji należy rozpatrywać zawsze na korzyść skarżonego. Nieraz stosowałem ten akt prawny w pracy rzecznika odpowiedzialności zawodowej lekarzy weterynarii. Więc i tu miał zastosowanie.
Podświadomie czułem coś innego .
Ps. Pan Staszek niedługo po tym wszystkim wyprowadził się z tej wioski i mam nadzieje, że zakończył też gazdowanie .
Jerzy Harmata.