Poszukując potrzebnego mi akurat dokumentu zacząłem zaglądać do  pudeł i szuflad  gdzie składowane były takowe rzeczy.  Diabeł przykrył ogonem ten papier , ale na samym dole pudła znalazłem coś co spowodowało ,że przestał  on być przez dłuższą chwilę  ważny  .  Otworzyłem  znaleziska i prawie w jednej chwili czas cofnął się o kilkadziesiąt lat.    Pamiętanie tak odległego czasu podobno jest  oznaką  starości , czytaj sklerozy , ale co mi tam.     Otóż znalazłem swój indeks ze studiów , a w nim kartę prosektoryjną. Dwie małe rzeczy, ale jaki  olbrzymi ładunek wspomnień.

 I tu w jakiej takiej chronologii wynikającej z  wpisów w tej książeczce –  dopełnienie faktów..

Jeszcze przed  maturą  podjąłem decyzję  ,że zostanę lekarzem.  Matura zaliczona  i po namyśle / dotąd nie wiem dlaczego/ złożyłem papiery na Wydział weterynaryjny Akademii Rolniczej w Lublinie . Dlaczego Lublin- chyba było najbliżej. Tam też pojechałem zdawać  egzaminy. W tym czasie podróżowało się głównie koleją  i wyjeżdżając z rodzinnych  Gorlic  ok.19 tej  po trzech przesiadkach  było się już ok.6tej rano   następnego dnia w Lublinie. Jak się nie miało farta, to od Tarnowa do Lublina  zdarzało się stać całą noc  w korytarzu. Podróż autobusem trwała ok. siedmiu godzin.  Pierwszy raz zobaczyłem wtedy miasto , w którym  dane mi było  pozostać na   pięć lat bowiem  z marszu udało się  egzaminy zaliczyć z wynikiem na tyle dobrym , że  finalnie  uzyskałem wystarczającą liczbę  punktów  i zostałem przyjęty w poczet studentów wybranego wydziału .  Nie wiem jak ważono te punkty , ale na pewno wiem,  że nie  dostałem ich za :pochodzenie  społeczne i za płeć. Nie ma pomyłki,  panie dostawały dodatkowe punkty.   Zdawaliśmy wtedy egzamin z :  biologii , chemii i języka obcego. Przy czym dwa pierwsze  były w formie  pisemnej  i ustnej.  Z tego etapu utkwił mi w pamięci ustny egzamin z biologii , podczas którego spotkałem specyficznego zdającego.   Był trochę starszy  od ogółu  i występował  w wojskowym mundurze . Miał nazwisko zaczynające się  na Ha ..  , które stawiało je bezpośrednio przed moim . Wcześniej dowiedziałem się od niego  ,że podchodzi  do weterynarii po raz  szósty  .  Na salę   gdzie odbywał się egzamin, wywoływano  wg. alfabetu po  cztery osoby  i my weszliśmy jako trzeci i czwarty.  Za katedrą czteroosobowa  komisja .  Losowanie pytań  i  na boku  sali chwila na przygotowanie , a potem odpowiadanie  .  Kolega wylosował   i usiadł w miejscu przygotowań.  Po nim ja wziąłem swój los i  usiadłem obok niego. W tym momencie   zrobił ośle oczy jednoznacznie świadczące ,że pytania mu nie podeszły . Położył przede mną swoja kartkę.   Zmysły.  Lukam co robi komisja – nie interesuje się bokami. Szybciutko podszepnąłem  mu po kolei jaki zmysł , za co odpowiada i gdzie jest zlokalizowany  , po czym  zebrałem myśli w temacie swoich pytań . Spoko.  Miałem sporo czasu  więc   chcąc  nie chcąc  obserwowałem komisję i słuchałem  odpowiedzi poprzedników  .  W komisji  aktywna była w zasadzie tylko jedna z pań. Pozostali słuchali odpowiedzi z wyraźnie mniejszym zainteresowaniem,  a czasem   nawet znudzeniem.  Jedna pani przeglądała torebkę , druga poprawiała fryzurę  , a  pan dyskretnie ziewał. Tak też było gdy zaczął odpowiadać   mój kolega i trwało to aż do momentu, gdy skończywszy  to co mu przekazałem  dodał jeszcze jeden  zmysł – rozum.   W jednej chwili komisja ożywiła się , a „ aktywna „  poprosiła o szersze rozwinięcie tego tematu.  Zdający  zaczął podawać przykłady  ,że np. sowa jest bardzo mądra bo ma duży rozum  oraz  kilka  z tej beczki  , a  wywód zakończył  zdaniem ,które pamiętam dokładnie…..  –  „ Bo to jest tak … każde bydle ma swój rozum i rozumem się kieruje”.                 Członkowie komisji popatrzyli po siebie ze zrozumieniem  i podziękowali mu za odpowiedź.  Nie spotkałem  go już  więcej.  

 A przecież finalnie wyraził oczywistą oczywistość. !    Czyż nie ?.

 W nagrodę za pomyślne zdanie egzaminów wstępnych  umożliwiono  studentom  elektom uczestnictwo w obowiązkowej  praktyce robotniczej.  Odbyła się  ona w miejscowości Czesławice – niedaleko Nałęczowa. Tam przez ostatni miesiąc wakacji   praktykowaliśmy zapoznawanie się  między innymi  z  łopatami , kilofami , taczkami  czy też  betoniarkami . Budowaliśmy jakieś budynki w tamtejszym PGR. 

 Na inauguracji roku akademickiego   dn. 01.10.1974r. w wielkiej sali Chatki Żaka wręczono nam indeksy. Ja otrzymałem swój   podpisany  na jego pierwszej stronie przez rektora J. Welento i dziekana St. Wołoszyna.  Indeks zawiera 96 ponumerowanych stron i na stronie nr. 3  zamieszczono treść  ślubowania. Nie pamiętam czy powtarzaliśmy   go podczas inauguracji   – pewnikiem tak , ale go  zacytuję .

Ślubuję uroczyście ,że będę:

  1. Zachowywać postawę moralną i obywatelską godną studenta Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
  2.  Systematycznie i pilnie zdobywać wiedzę w celu należytego przygotowania do pracy zawodowej  oraz aktywnego uczestniczenia w budowie socjalizmu.
  3. Ściśle przestrzegać przepisów regulujących porządek studiów  oraz zarządzenia szkoły i organów zwierzchnich.
  4.  Okazywać należyty szacunek władzom szkoły oraz właściwie zachowywać się wobec przełożonych , personelu nauczającego i innych pracowników szkoły.
  5.  Unikać w swoim postępowaniu wszystkiego co mogłoby zaszkodzić dobremu imieniu szkoły i godności studenta.
  6.  Przestrzegać zasad koleżeńskiego współżycia.
  7.  Szanować mienie szkoły i przeciwdziałać  niewłaściwemu stosunkowi do niego.

 I zaczęło się studiowanie.

 Przynależałem do drugiej grupy zaczynającej się od litery F , a kończącej na K.  Grupa liczyła  dwadzieścia osiem osób , w tym  cztery koleżanki.

 Pierwszy semestr   to rycie głównie anatomii  – nic tu nie wymyślisz , trzeba wkuć na pamięć. Pomocą w tym miały być prócz podręczników , wykłady i ćwiczenia , w których to znajdowała użycie karta prosektoryjna. Zajęcia  odbywały się w podziemiach Colegium Veterinarium  gdzie właśnie były prosektoria . Można było tam łatwo trafić  idąc za  zapachem formaliny.  Poprzydzielani zostaliśmy do stołów ćwiczeniowych , nad którymi opiekę mieli asystenci . Przekazywali oni wiedzę  , ale także egzekwowali ją od nas . Były wśród nich  kosy i ci łagodniejsi.  Za najgorszych  uchodzili doktorzy Łakomy i  Flieger oraz dr Haneczka -chyba Bujak. Byłem u dwojga ostatnich , a dla równowagi  u  trzech łagodniejszych:  dr. Jastrzębskiego  i   Herecia – nazwiska trzeciego nie pamiętam , a podpis  jest nieczytelny  . Każde zajęcia zaczynało odpytywanie z poprzedniego  preparatu i biada temu kto nie wykazał się  co najmniej minimum wiedzy – musiał powtarzać. Kuliśmy więc : osteologię , miologię, arthrologię, angiologię z neurologią , splanchnologię ,  a w niej układy: pokarmowy , oddechowy  i moczowo płciowy.  Dodatkowo   oko i ucho oraz ptaki. Trzeba było znać nazewnictwo   w języku polskim i po łacinie.  Gdy ucząc się kości głowy  po raz pierwszy ledwo  wydukałem  łacińską nazwę synchodrosis  spheno occipitalis – tj. chrząstkozrost klinowo potyliczny  zwątpiłem czy uda się tego wszystkiego nauczyć i to jeszcze do zaliczenia za tydzień.  Okazało się ,że byłem małej wiary.  Podstawowym gatunkiem  był koń i jego budowa ,dlatego z formaliny wyjmowano poszczególne jego części.   W rzeczonej karcie  prosektoryjnej   asystenci wpisywali zaliczenia preparatów , a gdy wszystkie udało się przejść dr St. Flieger / opiekun roku i późniejszy profesor/podpisywał zaliczenie pracowni.  Było to  dopuszczeniem do egzaminu.

Sporo wysiłku kosztowała także histologia z embriologią. Każde ćwiczenia  poprzedzane były testowym sprawdzianem wiadomości ,  który umożliwiał dalszy w nich udział. Jak  się to poprawiało nie wiem bo   tego nie doświadczyłem . Szefem katedry był prof. M. Wawrzyniak i nosił okulary z grubymi szkłami.  Na niektórych  ćwiczeniach nawiedzał studentów pracujących nad kolejnymi preparatami  – bo to trzeba było  zrobić  , znaleźć co trzeba , ustawić pod mikroskopem i czekać aż asystenci zaaprobują.   Sprawa robiła się prosta  , gdy pan profesor zaglądnął do mikroskopu studenta i coś tam  pomajstrował. Można był o wtedy spokojnie czekać na asystenta i powiedzieć ,że pan profesor ustawił .  Pozostałe przedmioty z których pobieraliśmy nauki to : biochemia , biofizyka , ekonomia polityczna , technika pracy umysłowej, wf,  języki- rosyjski , łacina i zachodni.  Specyficzny przebieg miała technika pracy  umysłowej .Wszystkiego  było  dwa spotkania z udziałem całego rocznika. W trakcie pierwszego z każdej  grupy wyznaczyliśmy  jednego  przedstawiciela ,który miał przygotować referat na wskazany temat . Na tym drugim spotkaniu wybrańcy prezentowali swoje prace i ich ocena była automatycznie oceną dla  pozostałych z grupy. Nasz przedstawiciel Remek Gotner spisał się na czwórkę. Pozostałe przedmioty   w zasadzie nie warte wspominania . Trzeba było je jednak bezwzględnie  pozaliczać by być dopuszczonym do sesji . W indeksie donosił o tym wpis  – dopuszczono do sesji zimowej – podpis dziekana J.Kostyra .  

W  tej sesji był tylko jeden egzamin do zdawania  –  z biologii . Tę miałem biegle opanowaną jeszcze w liceum więc spoko.  Zapomniałem jednak o udzielonej mi  przez dr. Fliegera nauce , która brzmiała  – ty nawet jak masz rację , to pamiętaj ,że ta druga strona ma dużo większe możliwości dokuczenia.   Nie dostosowałem się do niej    podczas zajęć   z biologii. Nieopatrznie  nie zgodziłem ze zdaniem  jednej z ambitniejszych  młodych asystentek i na dodatek udowodniłem swoją rację.  Oczywiście nie myślałem ,że taka głupota będzie miała  jakiekolwiek ciąg dalszy.   Myliłem się . Pani  ta ,dała o sobie znać podczas   pisemnego egzaminu  z biologii  . Gdy uwinąłem się z pytaniami i oddawałem  formularz  postawiła na nim ptaszka – wg. niej ściągałem. Oznaczało to automatycznie dwóję  z egzaminu.  Na nic protesty i pytanie – kiedy i jak . Poprawkę zdawałem przed panią prof. M. Prost. Gdy bez problemów odpowiadałem na każde  pytanie ,zadała mi jeszcze jedno . Jak to się stało ,że otrzymał pan z egzaminu  pisemnego ocenę niedostateczną , podczas gdy teraz wykazał  się pan ugruntowaną  , dużą  wiedzę , której nie da się zdobyć w dwa tygodnie. Odpowiedziałem ,że jednej z pilnujących pań ubzdurało się ,że ściągałem.  Reakcja pani profesor zadziwiła  . Przepraszam pana ,  nie mogę cofnąć tego co się stało , ale z dużą radością wpisuję  panu ocenę bardzo dobrą . Jak powiedziała tak zrobiła , a papier przyjął.

 I tak zakończył się pierwszy semestr , o czym poświadczał  wpis na str.13 indeksu   – semestr pierwszy zaliczono – podpis dziekana – Milart + pieczęć o treści Biblioteka główna AR  książki zwrócono.

 Drugi semestr był bogatszy . Były do zdania dwa egzaminy  – z anatomii i ekonomii politycznej  , zaliczenie na prawach egzaminu z  : histologii i embriologii ,  języków łacińskiego i rosyjskiego oraz  biofizyki . Pozostałe przedmioty to  : biochemia , hodowla zwierząt, język zachodni i wf.  

 Egzamin z anatomii był dwustopniowy  – praktyczny  na prosektorium :  kości  i preparaty z formaliny/ tym razem tuszki lisów / , a  potem teoria. Egzaminujący dotąd  szef  katedry  prof. M.Chomiak   wcześniej odmówił  tego , uważając ,że przy skróconej z czterech  do dwóch semestrów   nauce anatomii  prawidłowej ,student nie jest w stanie  przyswoić  wystarczającej wiedzy.  Pewnikiem miał rację , ale student miał termin i musiał móc.  Egzaminował doc. Z. Milart i  zaliczył mi bez problemu . Trochę inaczej poszło z niezwykle potrzebną lekarzowi  wet. ekonomią polityczną.  Musiałem poprawiać  i do dziś nic z tego  nie pamiętam. Lektorat z  łaciny zaliczyłem nietuzinkowo  , bo w obecności nie byle kogo , a to  Marii Skłodowskiej  Curie.  Naprawdę – tylko ,że  patrzącej na nas  z pomnika na skwerku  obok rektoratu UMCS  .     I tak skończył się pierwszy rok studiów o czym oznajmiał  wpis na 19 str.  –  semestr drugi zaliczono  i podpis  dziekana – Milart .

 W trzecim semestrze zaplanowany były dwa egzaminy : z biochemii i hodowli zwierząt. Zaliczenie na prawach egzaminu z anatomii topograficznej  , a  zwykłe z filozofii marksistowskiej , fizjologii zwierząt, mikrobiologii , języka obcego  i wf.  Z biochemii egzaminowało  dwóch docentów:  Mierzejewski  uchodzący za łagodniejszego i Kraczkowski  o ksywie Kraczek  enzym koenzym – piła.  Podobnie było z hodowli gdzie „ „złym” był prof. Ewald Sasimowski  .   Losowaliśmy  egzaminatora  z biochemii. Wylosowanie dobrego dawało złego z hodowli. Los wyznaczył mi  doc. Mierzejewskiego.  Podczas egzaminów ten dobry i ten zły , jakby się umówili , bo obaj wpisali do indeksu jednakową , zdecydowanie  pozytywną  ocenę . Wiadomości z anatomia topograficznej sprawdzał prof. M.Chomiak  i zanim doszło do egzaminu  miałem humorystyczne ,ale z dreszczykiem ,zdarzenie z jego udziałem. Otóż- przygotowywaliśmy się do egzaminu razem z Wojtkiem Gołębiem  – góralem z Nowego Targu.  Robiliśmy to w sali ćwiczeń z anatomii. Było tam sporo pomocy naukowych takich jak  : kościotrupy / szkielety/ czy plansze.  Prócz nas nie było tam nikogo . W trakcie nauki ,chyba dla rozluźnienia,  zaczęliśmy podśpiewywać .  Wojtek dysponował  typowo  góralskim głosem , a  ja nienajgorszym barytonem  górala z Beskidu Niskiego.  Śpiewaliśmy  różne przyśpiewki    w tym te z nie do końca grzecznym tekstem.   Akustyka dużej   sali , pełnej kości ,wzmacniała nasze głosy.  Gdy skończyliśmy,  zauważyliśmy ,że drzwi wejściowe  do sali powolutku  się zamykają.  Wiedzeni ciekawością   cichutko   je uchyliliśmy .  Patrzymy, a tam  na paluszkach  oddalał się  z krzesłem pod pachą pan prof. Chomiak. Wcale nie buchnęliśmy śmiechem.  Być może podobały mu się występy  bo podczas egzaminu   dostosował się do poprzedników co  na 23 str.  indeksu dało  wpis – semestr trzeci zaliczono z podpisem Milart. 

W czwartym semestrze trzeba było przygotowywać się do zdawania czterech egzaminów. Z filozofii , fizjologii, mikrobiologii  oraz  żywienia zwierząt z paszoznawstwem. Pozostałe zajęcia to farmakologia i język obcy.   Więc do roboty. Los jednak zgotował niemiłą niespodziankę.  Jeszcze w marcu, podczas zajęć z fizjologii  ,gdy w niewielkim pomieszczeniu  demonstrowano nam owce z eksperymentalnymi przetokami  zewnętrznymi z różnych części przewodu pokarmowego , przez co po prostu śmierdziało  „odpłynąłem” i nieszczęśliwie walnąłem głową  w coś twardego  . Wyłączyło mnie to z  nauki na ponad dwa miesiące.  Po  powrocie do szkoły trzeba było ostro nadrabiać zaległości.  Udało się porobić wszystkie zaliczenia co skutkowało dopuszczeniem do letniej sesji  znów sygnowane przez dziekana  -Milarta. 

Wiedziałem, nie zdołam nauczyć się do dwóch kobył – mikrobów i fizjologii wiec poszedłem do dziekanatu aby przesunąć termin mikrobów. Zastałem tylko  prodziekana , który  jako wyjście z sytuacji zaproponował  dziekankę zdrowotną i tylko to. Mocno mi to nie leżało,  bo to jakby żegnać sie ze studiami. Wychodząc  spotkałem dziekana . Musiałem mieć wyjątkowo smutną minę bo dziekan stanął i zapytał mnie dlaczego jestem taki załamany.  Gdy mu powiedziałem  po co przyszedłem i z czym wychodzę  , wziął mnie za ramię  i wprowadził do swojego gabinetu gdzie  usadził  na krześle . Podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił do Wąsa – docenta J. Wawrzkiewicza – tego od mikrobów . Po kilku minutach miałem ustalony wrześniowy termin  egzaminu . Teraz spokojnie  zaliczyłem  trzy egzaminy.  Okazało się ,że wakacje to nie jest czas  na naukę bo jakoś mikroby nie wchodziły do głowy , a w zasadzie nie było na nie czasu . Skutkowało to wpisem w indeksie – lufa. Ta została zamieniona   na pozytywną podczas ogólnego  egzaminu poprawkowego  i w indeksie  na str. 27 zapisano  – semestr czwarty zaliczono. Podpis..Milart

Trzeci rok przynosił nowe wyzwania . Przyswajaliśmy wiedzę z : farmakologii , fizjopatologii, anatomii patologicznej , chorób pasożytniczych , chorób wewnętrznych, podstaw nauk politycznych, szkolenia obronnego , języka  obcego i wf.  Końcowe egzaminy z farmakologii i fizjopatów.  Postać  wykładającego  farmakologię prof. G. Staśkiewicza  bardziej znanego jako Fafik albo Fa Fik , owiana była legendą niestandardowych jego poczynań tak w stosunku do studentów jak i kolegów naukowców. Sam profesor był niezbyt wysokim  mężczyzną z  proporcjonalnym do wzrostu  wąsikiem pod nosem.  Każdy wykład zaczynał się od  credo , powtarzanego  za nim chórem  przez całą salę –, „Farmakologia jest bardzo ważną  dyscypliną naukową , dlatego także dzisiejszy wykład wysłucham z należytą uwagą i zainteresowaniem”. 

Niewiele pamiętam z  tych wykładów , ale pozostały wskazówki jak należy nacinać makówkę i jak dokładnie wygląda sporysz.  Do gabinetu profesora wchodziło się przez przedsionek pomalowany na kolor  ceglasty , a bordowa  kotara zasłaniała drzwi . Sam gabinet był w  kolorze czerwieni strażackiej.  Egzamin składał się z dwóch części.   Pierwszą były recepty na leki robione. Należało  -lege artis ,  wystawić  cztery recepty , z ponad  stu  wzorcowych . Pamiętam jedną ze swoich  – mieszanka wykrztuśna z  ipecacuaną  dla konia , wydana w opłatku z mąki pszennej .   Musiały się zgadzać kropki , przecinki , skróty zwrotów  i oczywiście pisownia.  Jeden błąd dyskwalifikował .   Potem następowała druga część – teoria . Gdy  odpowiadałem z antybiotyków , wynikła jakaś nieścisłość- czegoś nie wiedziałem  . Pan profesor  wyszedł zza wielkiego biurka i  z wielkiej szafy wyjął równie wielką  księgę , którą  „walnał” mi  na klatę , ze słowami- niech student doczyta. Patrzę –  farmakologia  , ale po angielsku. Mówię ,że ja nie znam angielskiego , na co dostaję takich samych gabarytów księgę tylko po francusku . Gdy ponownie informuję ,że tego języka też nie znam, Fafik z uśmieszkiem bazyliszka zabiera księgę i stwierdza – student doczyta w domu. Reszta egzaminu  już bez „ wtyków” i pozytywną oceną w indeksie..  Egzamin z fizjopatów przeszedł bez ekscesów  do tego  lepiej niż pomyślnie , więc   na 31 str. indeksu pojawił się wpis  semestr piąty zaliczono. 

 Na kolejnym , szóstym  ,  zmierzyć się  trzeba było  z :  parazytologią , szkoleniem obronnym , podstawami nauk politycznych , chorobami wewnętrznymi , diagnostyką kliniczną, anatomią patologiczną , higieną zwierząt żeżnych i mięsa . Egzaminy z : parazytów , szkolenia obronnego i podstawy nauk politycznych.  Parazytologia u prof. S. Furmagi zdana z przytupem. Podstawy nauk politycznych , nie pamiętam czego tam uczono też zdane . Zostało  wojsko. A tu wesoło.  

Przez dwa  semestry jeden dzień w tygodniu spędzaliśmy  w studium wojskowym zlokalizowanym  przy Alejach Racławickich – naprzeciw kawiarni Tip Top.  Studium  było chyba  schronem dla oficerów wyższych WP, którzy przygotowywali nas do potencjalnego uderzenia  jądrowego z zachodu. Śmich śmichem ,ale zaliczyć trzeba było.  U pierwszego majora została mi  przydzielona funkcja dowódcy grupy odpowiedzialnej za dezaktywację  zwierząt po ataku nuklearnym.  W zasadzie nie miałem pojęcia co takowy ma robić , więc po chwili namysłu regulaminowo   zameldowałem obywatelowi  majorowi ,że  mój oddział poniósł tak duże  straty osobowe  ,że nie jest w stanie podjąć żadnych działań . Majora zatkało. Na szczęście  na to wszedł komendant studium / cały pułkownik/ , pogania majora żeby nie robił zatorów i dodaje  –  widzę, że ten student  wykazał się wiedzą więc dalej – następny. Następnym był  kolejny major -lekarz med., który zlecił  opisanie użycia indywidualnego  pakietu ochronnego przed skażeniami. Na stole przede mną leżał takowy , więc go  otworzyłem.  Była w nim wielka  instrukcja i tę  spokojnie odczytałem . Major już miał  coś złego powiedzieć , gdy ja uprzedzając go , stwierdzam meldując  – obywatelu majorze , po to ktoś trudził  się nad tą instrukcją , zresztą bardzo wyczerpująco napisaną  ,żeby jakiś laik to poprawiał albo spartolił.  W odpowiedzi – w zasadzie to student ma rację .  Trzecim egzaminatorem był podpułkownik , zresztą lek.wet. , który  też zaliczył swoją działkę.  I tym to sposobem na 35 stronie  indeksu znalazł się kolejny wpis zaliczający szósty semestr.  Nowum w zapisach było zaliczenie z mięsa , które prof. E. Prost wykonał  w kolorze zielonym. Kolorze nadziei ?.

 Ale nie na pewno !.

 W siódmym semestrze zajęcia były z : anatomii patologicznej, mięsa ,chirurgii ogólnej, toksykologii, chorób wewnętrznych  oraz  informacji naukowo technicznych. Egzaminy dwa : z anatomii patologicznej i mięsa i dwa zaliczenia końcowe z chirurgii ogólnej i toksykologii. Wykłady z chirurgii miał  szef katedry prof. M. Lewandowski , a zajęcia  prowadził i przepytywał doc. J.Kostyra  – ksywa Julio  , u którego dwucentymetrową nitką należało zrobić szew , a on oczekiwał , że nitki  powinno zostać na następny .  Z jego udziałem w roli operatora ,pierwszy raz  w życiu uczestniczyłem w zabiegu rumenotomii- szukali gwoździa . Uczestniczyłem to zbyt dużo powiedziane  –   wygarniałem gołą ręką  nadmiar treści ze żwacza. Oprócz emocji na dłużej pozostał , mimo intensywnego mycia ,  specyficzny  zapach  tej treści . Czego dotyczyła informacja naukowo techniczna  nie pamiętam .  Anatomia patologiczna zdawana u prof. B.Rubaja  –  bez żadnych niespodzianek   .  Za to mięso zdecydowanie tak.  Egzamin był po raz pierwszy testowy. Mieliśmy pytania z poprzednich lat/było ich bardzo dużo – ze dwieście/ i to służyło za główną  pomoc naukową.   Po egzaminie byłem pewien ,że go zaliczyłem . A tu nic z tego. Przekonany o swojej racji poszedłem rzecz wyprostować. Przed drzwiami do gabinetu profesora Prosta , spotkałem jednego z asystentów ,którego w zdecydowany sposób  poprosiłem o umożliwienie mi rozmowy z profesorem, bo zaszła  pomyłka przy ocenianiu mojego testu.  Ten  dziwnie popatrzył na mnie i poprosił o indeks. Gdy mu go dałem  ,otworzył  w miejscu zaliczenia i zapytał. Czy ty jesteś daltonistą – jaki to kolor?. Mówię – zielony.  Jak wiesz ,że zielony to czym prędzej sp…… aj stad  ,żeby cię przypadkiem  Prost tu nie zobaczył.   Zrobił to na tyle sugestywnie ,że usłuchałem bez zbędnych pytań .  Co się okazało. Pan profesor na każdy wykład przychodził z długą świtą asystentów , a ci co któryś raz  sprawdzali  listę obecności.  Kolor wpisu uzależniony był od ilości absencji i decydował , w którym terminie zda się poprawkę. Najgorszy był czerwony – co najmniej  dwie poprawki .  Zielony  to w zasadzie  tylko jedna poprawka.  Najlepszy czarny. Cóż – podróże kształcą. Na egzamin poprawkowy wchodziliśmy trójkami.  W gabinecie profesor zezwolił nam usiąść na krzesłach  , a sam  zginął  za jakimiś drzwiami . Wrócił ze szklanką w ręku ,chyba herbaty z mlekiem   i siorbiąc  niemiłosiernie  , zwrócił się do kolegi , który siedział z  założoną  nogą na nogę.  -Panie to nie kawiarnia , siądż pan jak człowiek .  Egzamin  skończył się w momencie gdy w szklance pokazało się dno.  Mnie i koleżance  zaliczył , kolega  do poprawki. Okazało się ,że miał czerwony wpis w indeksie. Zdał  w następnym podejściu. W moim indeksie, ignorując wpisane na końcu listy egzaminów mięso   , na czystych dotąd  stronach 40 i 41  profesor  sam zapisał  wiecznym piórem –  Edmund Prost – Higiena zw. żeżnych i mięsa  – pierwsza  poprawka   3 dostateczny .     Taki wpis poskutkował innym – semestr siódmy zaliczono i popchnął  na następny , w trakcie którego  mieliśmy zajęcia  z : chorób wewnętrznych, chorób drobiu, rentgenologii, chirurgii, epizootiologii, rozrodu zwierząt oraz higieny i technologii żywności pochodzenia zwierzęcego. Egzaminy  :  interna , drób. Zaliczenie na prawach egzaminu z rentgenologii. Internę wykładał i  egzaminował prof. E. Pinkiewicz  . Na tym fakultecie ,po raz pierwszy podczas studiów  mieliśmy swoich pacjentów.  Mnie z kolegą przypadł jako pierwszy warchlak chory chyba na obrzękówkę. Dostaliśmy wolną rękę i po  intensywnej terapii z wlewami dożylnymi włącznie  wykaraskał się z opresji . Wzbudziło to spore zdziwienie dr. Z. Pomorskiego.  Zajęcia praktyczne z rozrodu/ położnictwa /  odbywały się na buchtach zakładów mięsnych , gdzie uczono nas patrzenia na narządy wewnętrzne/ głównie macicę i jajniki/  za pomocą ręki  uzbrojonej w rękawicę i zdeponowanej w prostnicy krowy.  W tych samych zakładach mięsnych , tylko na hali ubojowej ,pobieraliśmy praktyczne nauki badania mięsa.  Drób zdawało się u  prof. S. Stępkowskiego.  Tak się złożyło ,że obydwaj profesorowie  wstawili po  3+ a,  doc. St. Koper zaliczył  rentgenologię  o stopień wyżej. Wpis  z mięsa koloru czarnego.  Tym razem za dziekana doc. E. Madej  zaliczył  na 45 stronie kolejny  semestr.

Semestr dziewiąty przewidział  naukę  w następujących dyscyplinach : profilaktyka i higiena produkcji zwierzęcej – zoohigiena, chirurgia , higiena i technologia żywności ,  rozród zwierząt i  sztuczna inseminacja, choroby pszczół, choroby ryb, choroby zwierząt futerkowych , epizootiologia.  Egzaminy z chirurgii i mięsa. Zaliczenia na prawach egzaminu : zoohigiena , choroby pszczół , ryb i zw. futerkowych.   Na chirurgię poszliśmy z kolegą M. Klinkiem  na przed termin.  Egzaminujący prof. M. Lewandowski wyrzucił nas gdy obydwaj nie znaliśmy określenia  stanu  krowy , której  po porodzie  rozjechały się  na boki  tylne nogi  i leży jak żaba.  Zapomnieliśmy prostego słowa  – rozsochanie.  Za trzy dni  uśmiechający się po ojcowsku pan profesor  wpisał nam do indeksów piątki.  Profesor  ten wykazywał się  „jasnowidztwem”  zawodowym.   Z czego to wnoszę – przyszedł  w trakcie operowania modzela łokciowego u  konia poskładanego na stole operacyjnym. . Zabieg przeprowadzał jeden z docentów.  Profesor powiedział tylko jedno zdanie – kolego to się nie uda . Jak to możliwe – myślę, gdy modzel  wycięty  i  wzorowo pozszywany . Ale  tak pięknie było tylko do momentu podnoszenie konie ze stołu.  Gdy ten naturalnie zgiął nogę  , całe szycie diabli wzięli – nitki pocięły skórę. Był to mój pacjent więc wielokrotnie uczestniczyłem  w  leczeniu rany pooperacyjnej  – per secondary intention.  Trwało to ponad tydzień .  Tym razem prof . E. Prost, pilnując kolorów ,zaliczył egzamin testowy z higieny i technologii żywności  za pierwszym razem. Docenci   : T .Majewski i  Z. Gliński  zaliczyli  zoohigienę i choroby pszczół ,  a profesorowie  M.Prost i St. Wołoszyn  odpowiednio ryby i futerka. Podczas zajęć  z ryb spotkałem „ moją” panią z biologii – pełna kultura. Taki obrót sprawy wepchnął mnie w semestr dziesiąty  , o czym oznajmiał podpis dziekana . 

Ten semestr wypełniały : epizootiologia , rozród, profilaktyka przemysłowego chowu zwierząt / wielkostadne/, weterynaria sądowa,  administracja i ekonomia wet i choroby zwierząt łownych. Egzaminy cztery : epizooty, rozród,  wielkostadne, sądówka .  Zaliczenia na prawach egzaminu  : zwierzęta łowne i administracja.   Zajęcia w wykonaniu  „ starych” studentów to teraz  sama przyjemność . W pamięci mam zdarzenie gdy pojechałem z dr. E. Malinowskim / z położnictwa/ na zgłoszenie do rodzącej klaczy.  W terenie  robiliśmy  embriotomię . I to dosłownie robiliśmy . Już wtedy przyrzekłem sobie  –  nigdy  takiej procedury w moim wykonaniu.  Przesiadywało się na klinikach głównie chirurgii i ambulatorium interny  –  doktory pełną gębą.

 Czas płynął niezwykle szybko i przychodzi ostatnia sesja . Egzaminy w kolejności zdawania   : dn. 07.06.79 u doc. T. Zioło- weterynaria sądowa , dn.18.06.79 u doc. J. Rzedzickiego  -wielkostadne , dn.27.06.79 u doc.  J. Krzyżanowskiego – rozród. Wszystkie   zdane  co najmniej na czwórkę.   Ostatni egzamin  dn. 19.07.79r.  z epizootiologii u prof. St. Wołoszyna zdawany   w budynku kliniki przy Alejach PKWN.  Jest piękny i upalny dzień z wiszącą w powietrzu burzą . Pamiętam ostatnie  pytanie –  choroby koni z objawami nerwowymi.   Po pytaniu pan  profesor wpisał w indeksie  piątkę   i  mówi  – Jurku widzę ,że to twój ostatni egzamin  , wychodzi  zza biurka, podaje mi indeks   i ściskając dłoń dodaje – gratuluję panie doktorze.

 Ciarki przeszły mi po plecach.

W indeksie   na stronie 53 -wpis semestr dziesiąty zaliczono.

 Do strony 81 żadnego wpisu , a na stronach 82 – 85 odnotowane praktyki. Ostatni wpis jest  na 93 stronie , w którym dziekan Wydziału weterynaryjnego  AR w Lublinie  prof .dr hab. Stanisław Wołoszyn  informuje i poświadcza swoim podpisem  , co następuje

Jerzy Marek Harmata dn.18.08.79r. otrzymał dyplom lekarza weterynarii.

Uroczyste wręczenie dyplomów miało miejsce w Chatce Żaka i tam  zamknęło się koło rozpoczęte pięć lat wcześniej.  Znów dziekan  prof. Wołoszyn w obecności senatu uczelni  wręczał nam dokumenty, tylko tym razem nie indeksy . W tej uroczystości towarzyszyli nam  bliscy.  To była radosna,  ale też wielce emocjonująca chwila.  Ogromną  przyjemność  sprawił mi tato , który na sali pojawił się  w galowym mundurze górnika . Z dyrektorskimi  wężykami  , perlikami  i karłami  , rzędem odznaczeń na piersi  oraz  ozdobionym kuplą   i białym pióropuszem z  kogucich piór czakiem  na głowie . Wymagało to od niego sporego  zachodu , a mnie zrobiło się cieplej.

 Duma ojca nie  została odnotowana w indeksie , ale  za to wyryta w sercu  syna, który tę pierwszą  sam odczuł  po dwudziestu kilku latach , gdy  historia znów  zatoczyła koło.

 C est la vie. !

Jerzy Harmata.