Właśnie w telewizji profesor Miodek tłumaczy, jak należy się poprawnie wysławiać po polsku, czym są wyrazy bliskoznaczne, w jakich wypadkach można się nimi posługiwać. Na ten temat mam nieco swoich doświadczeń.
Wielokrotnie zastanawiało mnie, jak to jest, że ludzie używają różnych nazw do określenia tej samej rzeczy lub czynności. Czasami jednak do określenia różnych rzeczy bądź czynności używa się tej samej nazwy. Mówią o jednym, że chodzi w modnym kubraku, a o innym, że chodzi koło projektu nowej konstytucji.
Przez parę lat praktyki prawie się przyzwyczaiłem do tego, że moi klienci praktycznie nigdy nie używają słowa iniekcja, którego to nauczył mnie kiedyś pan Marian. Zwykle jest tak, że przychodzą i proszą o zaszczepienie zwierzęcia. Miałem sporo takich wypadków. Chwila zamieszania, moment, gdy jednocześnie myślę o kilku rzeczach – i konflikt gotowy.
Do gabinetu wszedł uczeń z małym, czarnym psem na sznurku, owiniętym wokół szyi.
– Słucham, w czym mogę pomóc?
– Przyszedłem zaszczepić psa
– odpowiedział nieco chyba zaskoczony, że nie domyślam się, co go tutaj sprowadziło.
– Aha, zaszczepić. A jaka to ma być szczepionka?
– No, nie wiem… Normalna.
– To może chodzi o szczepionkę przeciwko wściekliźnie?
– Chyba tak, nie wiem. Mama kazała go zaszczepić – i już!
– Dobrze. Postaw psa na stole, a ja tymczasem przygotuję zastrzyk.
Pies nieco się wyrywał, lecz zaszczepiłem go bez problemów. Wystawiłem zaświadczenie o szczepieniu przeciwko wściekliźnie. Należności za zastrzyk nie skasowałem, ponieważ chłopiec nie miał pieniędzy.
– To nic nie szkodzi, przyjdziesz jutro z pieniążkami i dostaniesz świadectwo szczepienia – wyjaśniłem chłopcu, nieco zaskoczonemu koniecznością płacenia za zabieg.
Przed moim biurkiem zmieniały się psy i ich właściciele niczym w kalejdoskopie.
Pod koniec dnia przyszła też pani Majewska,
której pupila zacząłem wczoraj leczyć.
– Pani nazwisko?
– Majewska.
– A, tak! Już sobie przypominam: pani piesek drapał się po uchu. Czy objawy się już zmniejszyły?
– Tak. Z tym, że wczoraj pan mówił, że płacę za całą kurację, a dziś zawołał pan od mojego syna nowych pieniędzy i zaszczepił, ale nie wyczyścił ucha…
– A pani syn był tu z psem?
– O, wystawił mu pan zaświadczenie o szczepieniu! – kobieta pokazała mi świadectwo szczepienia przeciwko wściekliźnie, leżące pod szybą na biurku.
– Ten pies wcale nie miał być szczepiony przeciwko wściekliźnie, tylko miał dostać zastrzyki przeciwbólowe i przeciwzapalne! Czemu chłopiec mi o tym nie powiedział?
– Jak to: nie powiedział?! Przecież mówił, że przyszedł zaszczepić psa!
– Mówiłem, że to miały być zastrzyki leczące chorobę, a nie szczepienie!
– A co to za różnica?
* * *
Zdarzenie, do którego doszło pewnego, jesiennego wieczoru w Toruniu, zapamiętałem jednak na nieco dłużej. Ba, będę o nim pamiętał do końca życia.
W jedynej, jeszcze wtedy prywatnej, lecznicy w mieście ruch bywał niezgorszy. Pacjenci i klienci zmieniali się na okrągło i tylko systematyczne prowadzenie notatek pozwalało na pozbieranie się wśród rozmaitych przypadków.
– Nazywam się Wysocki. Mam do pana taką nietypową prośbę, panie doktorze – na krzesełku usiadł kolejny klient, mężczyzna może niezbyt wysoki, ale za to dobrze zbudowany. Już dawno zdążyłem się przyzwyczaić do tych tak zwanych „nietypowych” próśb. Zazwyczaj są one „nietypowe” jedynie dla zgłaszających się z tymi prośbami. Skupiam więc uwagę na panu Wysockim i staram się rozpoznać problem.
– Słucham, w czym mogę panu pomóc? Widzę, że przyszedł pan bez psa…
– Tak, a to dlatego, że
mój pies ma nieznośny charakter
i wolałem ze sobą go nie brać do tramwaju czy autobusu. Jest piekielnie złośliwy, potrafi całkiem nieoczekiwanie ugryźć, wstyd mi jest pokazywać się z nim na ulicy.
– Co to za pies?
– Mieszaniec, ale bardzo podobny do spaniela, ma też chyba coś z pekińczyka. Długie włosy, ciągle skręcające się w warkocze. Za uszami i w wielu innych miejscach ma mnóstwo skołtunionej sierści – wyjaśnił właściciel.
– Tak, rozumiem, więc co jeszcze się z tym psem dzieje?
– Widzi pan, doktorze, ten pies dał się we znaki całej rodzinie, w domu i wśród najbliższej rodziny nie ma nikogo, kto nie byłby pogryziony przez tego łajdaka. Jest wredny do tego stopnia, że nawet nie daje się uczesać. Nawet próba przystrzyżenia lub wytrymowania stanowi gehennę dla całej rodziny. A komuś go oddać – to wstyd ludzi wpuszczać w takie maliny! – Rozumie mnie pan, doktorze? – starał się mnie przekonać pan Wysocki.
– Rozumiem pana, kiedyś sam przez dwa tygodnie miałem w domu spaniela – ów nieznośny drań nie pozwalał mi nawet wejść do samochodu. Gdy tylko uchyliłem drzwi – rozsiadał się na fotelu kierowcy i absolutnie nikogo nie chciał wpuścić na to miejsce. Aby uruchomić samochód, musiałem wsiadać z kijaszkiem, a i tak pies rzucał się na mnie z warczeniem, ponieważ uważał się za pana samochodu.
– Nasz, panie doktorze, jest wypisz, wymaluj podobny w swoich zachowaniach. Mamy go już dziesięć lat, ostatnio dziwaczeje coraz bardziej i chyba miarka się przebrała. Nikt, nawet z rodziny, nie może się zbliżyć do tego psa tak, aby chociaż nie warczał. Jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji.
Przyjechałem pana prosić, żeby go pan uśpił.
Absolutnie nie można sobie z nim poradzić.
– Mam go uśpić, jesteście państwo całkiem zdecydowani?
– Tak, ale proszę, doktorze, przyjechać na miejsce i zrobić to w domu, bo, niestety, o przywiezieniu tego nikczemnika do przychodni, nawet szkoda mówić! – prosił mężczyzna.
– Dobrze, niech pan jedzie do domu i czeka, około dwudziestej przyjadę do pana i uśpię psa. Po tamtym swoim spanielu jestem skłonny podzielać pańskie uczucia wobec takiego psa.
– Och, dziękuję panu, nawet nie wyobraża sobie pan, jaki jestem panu wdzięczny, że się pan, doktorze, na to zgodził.
Późnym wieczorem zajechałem pod blok. Wytaszczyłem z samochodu torbę z lekarstwami i wdrapałem się na czwarte piętro.
Gdy byłem na trzecim piętrze, pies mnie wyczuł.
Jazgot łobuza z dudnieniem niósł się po całej klatce. Ostrożnie zadzwoniłem i, wytrenowanym ruchem, zasłoniłem torbą z lekami nogi na wypadek, gdyby zbyt agresywny pies zaatakował mnie od progu. Okazało się, że państwo Wysoccy zamknęli spaniela w kuchni. Dzięki temu mogłem spokojnie wejść do przedpokoju.
– Czy da pan radę załatwić to szybko? – zapytał pan Wysocki.
- Postaram się, proszę złapać psa i przycisnąć go do podłogi, a ja zrobię zastrzyk.
– Musi to robić pan naprawdę szybko, bo długo go nie utrzymam. On potrafi się wić niczym piskorz! Gdyby mi się wyrwał, może nas obu pogryźć! – nerwowo ostrzegł gospodarz i przecisnął się przez ledwie uchylone drzwi do kuchni. Moment później zawołał:
– Doktorze, doktorze, trzymam go, niech pan robi zastrzyk.
Z napełnioną strzykawką wtargnąłem do kuchni, jedną ręką docisnąłem psa do ziemi, a drugą podałem zastrzyk. Trafiłem idealnie. Pies zwiotczał, zanim jeszcze wydobyłem igłę z jego ciała.
– Ale się panu udało! Nawet nie zdążył pisnąć! – cieszył się pan Wysocki. – Proszę bardzo, ile się panu należy za wizytę?
Po uregulowaniu należności, pozbierałem manatki i ruszyłem do wyjścia. Tymczasem pan Wysocki sięgnął za szafę, wydobył zestaw do strzyżenia psa i zaczął groźnie szczękać nożyczkami w kierunku leżącego bezwładnie na podłodze psa.
– A co pan teraz będzie robił? – zapytałem, zaskoczony niezwykłym zachowaniem się mężczyzny.
– No, nareszcie go ostrzygę! – na twarzy pana Wysockiego pojawił się uśmiech, przypominający błogie zadowolenie.
– Ale po co? – niezbyt mi się uśmiechała myśl o tym, jak starszy pan będzie się znęcać nad zwłokami psa.
– Przecież widzi pan te okropne kołtuny koło uszu! – spojrzał zaskoczony.
Ogarnięty straszliwym podejrzeniem, uważnie spojrzałem na Wysockiego:
– Pan przecież prosił o uśpienie tego psa!
– Oczywiście, inaczej… – pana Wysockiego ogarnęło niemniej straszne podejrzenie.
– On, proszę pana, się już nie obudzi.
Nic pan nie mówił, że chce go ostrzyc! – definitywnie wyjaśniłem sytuację.
– Co?! – opadły ręce, uzbrojone we fryzjerskie narzędzia.
– Chciał pan, żebym uśpił psa. Zgadza się?
– I nic nie powiedziałem, że chodzi mi o jego ostrzyżenie! – Wysocki równie przerażony, jak ja, spojrzał na martwego pupila. – Można jeszcze jakoś to odwrócić?
– Niestety, pies nie żyje…
Spaniel spanielem, ale od tego czasu przynajmniej po dwa razy pytam, czy zwierzę ma być na pewno uśpione… na śmierć. Nawet w wypadkach pozornie jasnych. Niekiedy wygląda to nieco dziwnie, ale ja doskonale wiem, czemu tak jest. Nazywa się to: mieć doświadczenie…
Włodzimierz Szczerbiak