„Kiza” to ratlerek, psina bardzo agresywna, nieprzewidywalna. Wzrok zawsze czujny. Tylko opiekunowi pozwalała na wszystko. Natomiast domownicy to była hierarchia. Pani domu, w związku z tym, że dawała mu jeść, mogła dużo. Ale dostęp do Kizy był ograniczony. Np. żeby Kizę pogłaskać, musiała wyrazić na to zgodę. Jeżeli jej nie pasowało głaskanie w danej chwili, to szczerzyła zęby. Dzieci miały do niej bardzo ograniczony dostęp. Tylko zabawa – ja najlepiej wiem, ile mnie to nerwów i stresu kosztowało.
W gabinecie był problem, żeby ją zbadać, a podać zastrzyk to już było nie lada wyzwanie. Podczas wizyt opiekun jedną ręką brał pieska za przednie kończyny, drugą za tylne i naciągał jak popręg. W czasie jednej z wizyt Kiza została w ten sposób przygotowana. Jeszcze jej nie dotknąłem, nagle trzymający krzyknął. Patrzę – po szyi leje się krew. Kiza… odgryzła płatek ucha.
No i nadszedł dzień prawdy.
Roztrzęsiony opiekun Kizy przez telefon przekazał, że pilnie jedzie do kliniki, bo Kiza leży półprzytomna i cała drży. Moje myśli od razu poszły w kierunku: jak Kizę zbadać, a w dodatku, jak wykonać jakiekolwiek zastrzyki bez rozlewu krwi. Kiza nie należała do moich ulubionych pacjentów ze względu na jej agresję, a ja na pewno nie należałem do grona jej ulubieńców.
Po pewnym czasie do gabinetu wbiega zdenerwowany opiekun i powtarza, że od godziny coś niedobrego stało się z Kizą – leży półprzytomna, cała się trzęsie. Pierwszy raz mogłem Kizę zbadać. Drgawki, ślinotok. Na termometrze temperatura 40,9 st.C. Gałki oczne mało z oczodołów nie wyskoczą, dużego stopnia przekrwienie. Pierwsza myśl: padaczka. Ale patrzę – gruczoły mlekowe powiększone i po naciśnięciu pojawia się mleko. Pytam, kiedy Kiza miała ostatnią ruję. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła – Kiza dwa tygodnie temu urodziła pięć szczeniaków. No to mamy na sto procent diagnozę: tężyczka poporodowa. Jest to schorzenie spowodowane niedoborem wapnia u suk karmiących.
Pobrałem od Kizy krew do badań laboratoryjnych: morfologia plus rozszerzony profil podstawowy z poziomem pierwiastków, głównie wapnia. Niezwłocznie podałem dożylnie preparat wapniowy. Jak zobaczyłem wyniki krwi, byłem przerażony – morfologia w miarę, natomiast poziom wapnia katastroficzny. Znając Kizę – że ona nie toleruje żadnych preparatów doustnie – zaproponowałem cztery wizyty na podanie dożylne preparatów wapniowych. Biorąc pod uwagę, że obyło się bez problemów z podaniem dożylnym, byłem prawie pewny, że kolejne wizyty to będzie horror i krew popłynie nie tylko z żyły. I tutaj pełne zaskoczenie –
codziennie Kiza zachowywała się rewelacyjnie,
nadstawiała tylną kończynę do wkłucia igły i podania leku. Piątego dnia przekazałem, że dzisiaj ostatni raz, ale proszę przyjść jutro, pobierzemy krew do badania, aby sprawdzić, na ile parametry wróciły do normy.
Nazajutrz Kiza, niestety, nie pozwoliła na żadne zabiegi. Była, jak przed chorobą, bardzo agresywna, nieprzewidywalna. Wzrok bardzo czujny. Odstąpiłem od zaplanowanych badań, doszedłem do wniosku, że jest zdrowa.
Konkluzja: mądrość zwierzęcia jest niesamowita. Kiedy potrzebuje pomocy, to pomaga doktorowi. Ale jak nie potrzebuje, to… z daleka ode mnie.
Andrzej Pępiak