Początek lata. Jadę razem z dyrektorem najnowszym, jakiego otrzymała nasza firma, Fiatem. Szybkościomierz stale oscyluje wokół dziewięćdziesiątki. Szybkość i wygoda! Maszyna przyśpiesza lub zwalnia w zależności od sytuacji na drodze.

– Skoro się zdecydowałeś na Aleksandrów, to sprawa załatwiona – nowy dyrektor z przyjemnością prowadził służbowego fiata. – Mają tam chłopaki swoje niedociągnięcia, ale, ogólnie rzecz biorąc, jest to porządna lecznica, z tradycjami. Wczoraj rozmawiałem przez telefon z jej kierownikiem i mówił, że remont twojego mieszkania jest na ukończeniu. Parkiet położyli, ale dopiero biorą się za malowanie ścian. Kolejność trochę dziwna. Lecz pewnie brygady remontowe nie miały mocy przerobowych.

– A jak, panie dyrektorze, przyjęła przeprowadzkę pani Kisielewska, wdowa po lekarzu, która tam mieszkała?

– Nie robiła trudności, odniosłem nawet wrażenie, że chętnie przystała na przeprowadzkę z piętra na parter. Tym bardziej, że wyremontowaliśmy jej to mieszkanko na dole. Mówiła nawet, że chętnie odetchnie od ścian, które tyle lat dzieliła razem z mężem.

– Kto pracuje w tamtej lecznicy?

– Sam musisz to zobaczyć. Ekipa z Aleksandrowa to mocna grupa. Początkowo będą starali się utrudniać tobie życie. Lecz chyba prędko się zorientują, że ja zdania nie zmienię. Oni tak zawsze, na początku brykają, a jak mocniej potrząsnąć – potulnieją.

– Znaczy to, że

jestem tam wkładany na siłę?

– Nie, nie znaczy. Kierownik jeszcze pół roku temu złożył zapotrzebowanie na etat dla lekarza. I to ty nim będziesz. Zastanawiam się jeszcze, czy pozostawić go na obecnym stanowisku. Wszystko zależy od tego, jak się będzie sprawował. Poprzedni kierownik okazał się fajtłapą i musiałem go zdjąć.

– Przepraszam, że tak wałkuję ten temat, lecz to mogą być istotne sprawy… Czemu w takim razie mówi pan, dyrektorze, o niechęci do mnie?

Dyrektor, nieco zaskoczony, spojrzał w moją stronę:

 – Podejrzewam, że woleliby sami przetestować sobie lekarza podczas stażu, a nie otrzymywać paczkę z lecznicy wojewódzkiej. Aleksandrów przed reformą administracyjną, podobnie jak Włocławek, był miastem powiatowym i tamtejsza lecznica uważa się za bynajmniej nie gorszą od tej we Włocławku. Ponadto, tak czy inaczej, stanowisz ewentualny materiał na kolejnego kierownika.

W progu lecznicy powitał nas, cały w skowronkach, kierownik – lekarz o kilka zaledwie lat starszy ode mnie, czarnowłosy, z lekko przerzedzonymi skroniami, o imieniu Józef, ale uparcie nazywany przez dyrektora i pracowników lecznicy – Ziutkiem.

– To, kolego Włodku, jest kierownik lecznicy, doktor Zambrowski – objaśnił dyrektor.

W sekretariacie, oprócz sekretarki, pani Grażynki – dziewczyny świeżo po szkole pomaturalnej,  za jednym z biurek siedział starszy już doktor Śniegocki – siwy, wysoki, szczupły, elegancko ubrany, pełen dystansu i wytwornych manier.

Pan Stanisław Stankiewicz – niewysoki, no – może nie okrąglutki, ale z niewątpliwie dobrze zaokrąglonym brzuszkiem okazał się być technikiem weterynarii, sławnym na cały powiat.

– A to, kolego Włodku, jest pan Lewandowski, podpora firmy – przedstawił mi dyrektor niewiele niższego niż ja, lecz wyraźnie cięższego młodzieńca, ze strzechą żółtych włosów na głowie.

– Piotr jestem, sanitariusz. Bardzo mi miło – przywitał się z nami Piotr, szurając do tyłu lewą nogą.

– Stefana poznasz później, bo posłałem go, żeby umył mi samochód. Jest jeszcze jeden technik, stażysta Władek, ale pewnie poleciał gdzieś na dziewczyny – informował, śmiejąc się, dyrektor.

– Władek pojechał z kierowcą pobrać próbki mleka, lada moment powinni wrócić – wtrącił się kierownik lecznicy.

– To dostaliście już ten nowy samochód?

– Tak, panie dyrektorze, jutro mają namalować na drzwiach emblematy – odpowiedział doktor Zambrowski.

– Więc, panowie,

przedstawiam wam waszego nowego pracownika.

Będzie razem z wami dzielił trudy pracy. Teraz pójdziemy zobaczyć, jak wygląda mieszkanie dla kolegi Włodka. Niech pan prowadzi, kierowniku – zarządził dyrektor.

Mieszkanie mieściło się na pierwszym piętrze, liczącego sobie cztery lokale, domku z elegancko otynkowanych pustaków. Remont szedł aż furczało. Wszyscy robotnicy intensywnie pracowali. Momentami chyba nieco za ostro. Właśnie malarz zamalowywał smugi farby klejowej, która ściekła ze ściany na drzwi wejściowe. Biała emalia dość elegancko pokryła grubawą warstwę klejówki barwy beżowej, lecz to chyba nie całkiem tak powinno być zrobione. Ojciec zawsze kazał mi najpierw zetrzeć starą farbę i wyrównać powierzchnię, a dopiero później malować.

– Czy kolega może chciałby coś tu zmienić? – zapytał zadowolony pan dyrektor.

– Tymczasem nie, może w przyszłości. Jestem zadowolony z tego, że lada dzień będę miał swoje mieszkanie, panie dyrektorze!

Lecznica okazała się być bardzo podobną do włocławskiej. Ogromna, wybudowana na tym samym planie, co wojewódzka, z drobnymi retuszami wewnątrz no i, oczywiście, bez przybudówki w postaci biurowca. Wielka sala operacyjna i liczne „gabinety”, w dużej części nie wykorzystane. Ten przerost formy wynikał z początkowego przeznaczenia budynku na lecznicę powiatową z zapleczem administracyjnym, które przestało być potrzebne po likwidacji powiatów.

– Chodź ze mną na stronę, pogadamy – powiedział pan kierownik, wyprowadzając mnie z lecznicy na żużel przy podjeździe. – Jak widzisz, nikt  nie ma nic przeciwko przyjęciu ciebie do naszej lecznicy. Niemniej zapamiętaj, że podstawą pracy tutaj jest dokumentacja, dokumentacja i jeszcze raz dokumentacja. Jeżeli będziesz miał wszystkie papiery w porządku, to będziemy się lubili. Jasne? Pamiętaj, że

grunt to dokumentacja.

Zawsze jesteś oceniany przez dyrekcję na podstawie dokumentacji. A jak pan wygląda z wypełnianiem dokumentów? – srogo spojrzał w moje oczy kierownik.

– Robię to bardzo niechętnie. Stanowczo nie jest to moją mocną stroną.

– Nic nie szkodzi, już my tu, w lecznicy, przypilnujemy, żeby wszystkie dokumenty grały jak należy. Niech mi pan jeszcze powie, kiedy mogę się pana spodziewać w pracy?

– Za cztery dni, w poniedziałek. Do soboty pracuję jeszcze we Włocławku.

W poniedziałek dostałem nowiutkiego, służbowego „Tarpana” z jeszcze wilgotnymi emblematami lecznicy na drzwiach, kierowcę i sanitariusza.

– Dziś pojedzie pan na cztery zgłoszenia z sanitariuszem, Piotrem, do pomocy. Czy da sobie pan z tym radę?

– Tak, nie widzę szczególnych problemów.

– A wie pan, jak należy wypełniać rachunki? – spytał kierownik.

– Wiem. Tylko czy ceny lekarstw i usług są takie same, jak we Włocławku?

– Oczywiście, w całym kraju obowiązują jednakowe ceny lekarstw, ceny usług mogą się nieco różnić, lecz w obrębie jednego województwa też są jednakowe. Zresztą, jak pan nie będzie czegoś na ten temat wiedział, to proszę spytać sanitariusza, on też umie wypełniać rachunki – nieco zgryźliwie odpowiedział kierownik. Piotr i Paweł popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Pierwszym zgłoszeniem okazała się

krowa z zatrzymanym łożyskiem.

Ta jednostka chorobowa jest bardzo niemiła przy leczeniu. Owa nieprzyjemność polega na konieczności przezwyciężenia odruchowego wstrętu na widok gnijącego łożyska. Fetor, wydobywający się podczas rozkładu, potrafi osoby nieprzyzwyczajone do tego zapachu, zmusić do pozbycia się w trybie nagłym dopiero co spożytego posiłku. Sam zabieg polega na odpowiednim uchwyceniu ręką rozkładającego się łożyska i stopniowym odklejeniu jego resztek od ściany macicy. W trakcie zabiegu należy włożyć rękę, aż po pachę, do wnętrza krowy, tak, aby wydobyć stamtąd jak najwięcej resztek. Odklejanie może trwać zarówno kilka minut, jak i godzinę. Wszystko zależy od konkretnego przypadku. Jedno jest pewne: nie jest to najmilszy z zabiegów, jakie przychodzi wykonywać w tym zawodzie.

– Panie Piotrze, czy wie pan, gdzie mieszka pani Fijałkowska?

– Tak, wiem, doktorze, pokażę drogę. Czy możemy już wsiadać do samochodu?

– Oczywiście, torbę ze sprzętem i lekami wrzuciłem na tylne siedzenie. Myślę, że możemy jechać – odpowiedziałem.

– To zawołam Pawła, a pan niech wsiądzie do samochodu.

Za moment, przez wielkie wrota lecznicy, wyszedł szczupły czarnulek, świeżo po służbie wojskowej albo po podstrzyżynach u fryzjera.

– Panie doktorze, o której mam wpisać wyjazd? – zapytał kierowca, moszcząc się za kierownicą.

– Tak, jak jest.

– Ty, Paweł, nie gadaj, tylko jedź! Musisz jechać w stronę Ostrowąsa, później, przed wsią skręcimy w lewo, powiem ci, kiedy – poinstruował kierowcę Piotr, siadając obok mnie i mocno trzaskając drzwiami. Jedziemy?

– Jedziemy!

Kierowca skończył wypełniać kartę drogową i ruszyliśmy. Kabina samochodu pachniała świeżym lakierem, niektóre siedzenia były nadal pokryte folią ochronną. Dzień był nieszczególny, jak na czerwiec. Szaro, mżawka, chłodno, obcy krajobraz, nieznane drogi.

– Pan, doktorze, jest z Włocławka?

– Tak, do tej pory tam mieszkałem, lecz lada dzień mam się przeprowadzić do Aleksandrowa. Czekam, kiedy tylko skończą guzdrać się z tym remontem na górze w mieszkaniu po pani Kisielewskiej.

– A gdzie był pan na stażu?

– We Włocławku. Pracowałem też w kilku innych lecznicach, ale bardzo krótko.

– A odklejał już pan łożyska u krów?

– Tak, przecież jestem już po stażu – odparłem nieco zdziwiony.

– Paweł, Paweł, skręcaj w lewo! – nagle zmienił temat Piotr.

Wjechaliśmy na podwórze i kierowca poszedł po gospodynię. Tymczasem Piotr miał do załatwienia jeszcze jakieś sprawy, bo, zamiast wysiadać, kręcił się na siedzeniu i rozglądał.

– Wie pan co, doktorze? – zapytał w końcu.

– Co?

– Ja odkleję to łożysko. Znam dobrze Fijałkowską i chciałbym osobiście załatwić to zgłoszenie.

– A pan umie odklejać łożyska, panie Piotrze?

– Oczywiście, Stanisław mnie nauczył już dawno i zawsze, jak jedziemy z kierownikiem albo innym lekarzem – ja odklejam łożyska.

– To się przyda, tymczasem dziś ja popracuję, a pan mi pomoże, podając to, co będzie potrzebne przy zabiegu.

– Doktorze, ja naprawdę chciałbym sam odkleić łożysko u Fijałkowskiej – nie ustępował Piotr.

– Zgoda, ale nie dzisiaj, odklei pan innym razem.

To jest moje pierwsze zgłoszenie

i chcę załatwić je sam – odparłem.

Piotr bez słowa otworzył drzwi i wysiadł z samochodu, dzięki czemu i ja mogłem opuścić maszynę.

– Pani Fijałkowska, to jest nowy doktor, on będzie u nas pracował – przedstawił mnie Piotr.

Łożysko okazało się wyjątkowo oporne. Chwilami zaczynałem się zastanawiać, czy nie zastosować jakiegoś środka macerującego tkanki i nie odkleić zbyt mocno przyrośniętych resztek nazajutrz. Widząc uważne spojrzenia Piotra i Pawła, odklejałem dalej. W końcu zakończyłem pracę i podałem krowie antybiotyki.

– To łożysko było wyjątkowo mocno przyrośnięte. W wypadku gdyby pojawił się ropny wyciek z dróg rodnych, musi pani ponownie zgłosić krowę do lecznicy – poinstruowałem właścicielkę.

Piotr gorliwie mi potakiwał, starając się w ten sposób przekonać Fijałkowską, że ma być właśnie tak, jak zarządziłem.

– Doktor odkleił łożysko, ale czasami w takich wypadkach nie od razu udaje się zwalczyć wszystkie bakterie i wtedy trzeba nas wzywać jeszcze raz. Sam kierownik tak robi – starał się uwiarygodnić moje postępowanie Piotr.

Gdy ruszyliśmy do następnego zgłoszenia, Piotr podał mi rękę – Piotr jestem, proszę, doktorze, mówić mi po imieniu! Zrobił pan dobrą robotę. Widzę, że będzie z pana równy gość!

– Ja mam na imię Włodek.

– Nie, nie, doktorze nie wypada, żebym zwracał się do pana po imieniu.

– A ja mogę?

– Pan to co innego. Pan jest pan lekarzem, a ja nawet nie zdałem matury, chociaż, co prawda, mam skończoną szkołę średnią.

– I co z tego? Jesteśmy przecież kolegami z jednej lecznicy. A poza szkołą średnią coś jeszcze pan skończył?

– Kurs operatorów projektorów filmowych, parę lat nawet pracowałem w kinie.

– O! To musiała być ciekawa praca!

– Owszem, ale weterynaria ciekawsza… Widzę, że z ciebie naprawdę klawy gość – Piotr z entuzjazmem potrząsał moją ręką.

Po załatwieniu wszystkich zgłoszeń wróciliśmy do lecznicy i Piotr zdał wszystkim relację z przebiegu dnia.

– On jest gościem w porządku! Sam odklejał łożysko i robił zastrzyki świniom jak rasowy sanitariusz. Ma sporą wprawę i nie miga się od roboty – od progu ogłosił Piotr.

– A to witamy w Aleksandrowie – podszedł do mnie uśmiechnięty i z wyciągniętą prawicą pan Stanisław. – Myślę, że będzie się nam dobrze razem żyło.

– Już wszystkie zgłoszenia załatwiliście? – zapytał nieco zaskoczony kierownik.

– Tak,

Włodek idzie jak burza.

Gdy tylko rozpozna chorobę, strzykawka mu miga w rękach. On jest dobrym nabytkiem, panie kierowniku, już pierwszego dnia to widać – wychwalał mnie Piotr.

– I łożysko też pan odkleił? Nie było problemów? – wtrącił się ponownie kierownik.

– Odklejanie szło nieszczególnie. Kotyledony były bardzo mocno przyrośnięte i zastanawiałem się, czy nie podać Wagotylu, niemniej dałem sobie jakoś radę. Istnieje co prawda możliwość, że za jakiś czas trzeba będzie pojechać do pani Fijałkowskiej z płukanką.

– A robił pan to kiedyś?

– Kilka razy. Nie zawsze daje to właściwy efekt, jednak przeważnie ten zabieg okazuje się skuteczny.

– A rachunki wypisaliście? Pieniądze przywieźliście? Kilometry dobrze rozpisane? – indagował nas dalej kierownik, tym razem patrząc na Piotra.

– Oczywiście. Włodek ma kwitariusz i pieniądze – odpowiedział zapytany.

Gdy Piotr i Paweł wyszli z pokoju, wziął mnie w obroty najstarszy pracownik lecznicy, nieco zaciągający, zupełnie jakbym był na Lubelszczyźnie.

– Kulego, kulega pozwolił Piotrowi mówić sobie po imieniu? – to nie wypada. Piotr jest tylko sanitariuszem, on nie ma nawet zrobionej matury…

– Panie doktorze, Piotr jest moim kolegą z pracy, a ja, poprzez posiadanie dyplomu, wcale nie czuję się ważniejszy od niego. Sądzę, że jest wiele rzeczy, których będę się uczył właśnie od Piotra – odparłem, święcie o tym przekonany.

– Ależ, kulego. To naprawdę nie wypada.

 Co powiedzą chłopi, gdy zobaczą sanitariusza mówiącego do pana po imieniu? Nikt nie uwierzy, że pan jest lekarzem. Musi się pan zacząć szanować… – tłumaczył doktor Śniegocki.

– Może to wypływa z mojego niedoświadczenia, niemniej sądzę że w przyszłości oceniany będę nie za to, w jaki sposób zwraca się do mnie kolega z pracy, lecz za to, co potrafię zrobić.

– Kulego, źle pan robi… – zamknął dyskusję doktor Śniegocki, zrażony moją głęboką ignorancją w zakresie sztuki utrzymywania stosunków międzyludzkich.

Do sekretariatu tymczasem wrócił z podwórza doktor Zambrowski.

– Doktorze, byli tu malarze i pytali, czy dobrali właściwie kolor do ścian u pana w domu. Niech pan idzie i powie im, co jak mają pomalować – zwrócił się do mnie pan kierownik.

Natychmiast pobiegłem. Do domu wszedłem jednak za późno. Ściany już były pomalowane. Kolorek w tym mniejszym pokoju nieco drażnił wzrok. Można nawet powiedzieć, że wywoływał lekki oczopląs. Kanarkowa zieleń ścian sypialni nieszczególnie też współgrała z krwistą czerwienią przedpokoju. Niestety, malowanie było praktycznie zakończone.

Fachowcy zabrali się za lakierowanie parkietu. Jednocześnie, starym swoim zwyczajem – z którym zetknąłem się już w poprzednim tygodniu – zamalowywali lakierem zacieki na listwach podłogowych i parkiecie pod ścianami. Poprosiłem, żeby najpierw starli klejówkę z drewna i dopiero później lakierowali. Fachowcy, oderwani od pracy, chwilę się zastanowili i odpowiedzieli, że dobrze, zrobią to dla pana doktora, skoro ma on takie widzimisię, są zawsze, szczególnie po otrzymaniu jakiejś drobnej gratyfikacji, chętni do realizowania najdziwniejszych nawet fanaberii pana doktora.

Niestety, aluzje panów majstrów okazały się dla mnie zbyt trudne do rozszyfrowania, a

skutki nie dały na siebie długo czekać.

Wróciłem do lecznicy. Po kwadransie wpadł szef brygady i oświadczył: – Panie doktorze pomalowaliśmy! Potrzebny jest tylko skalpel, żeby równo przyciąć linoleum w kuchni.

Zaskoczony kosmicznym tempem robót domyśliłem się, że malowanie prawdopodobnie poszło nie całkiem po mojej myśli.

Okazało się, że parkiet został pomalowany poprzez… wylanie nań całego zapasu lakieru i rozmazanie go po powierzchni podłogi. Nawet wanna, wystawiona z łazienki do przedpokoju, była przymalowana do parkietu, materiału nie pożałowali. Mokra podłoga uniemożliwiała jakiekolwiek działania, poza popatrzeniem z korytarza.

– Panie doktorze, to jest lakier nitro, wyschnie za kilka godzin, a jutro może pan śmiało wchodzić…

Wysechł… dopiero po tygodniu. Nie zostawiając skarpetek na podłodze, do mieszkania wejść mogłem dopiero kolejny tydzień później. Wannę oderwałem od parkietu przy pomocy Piotra i Pawła. Okna otworzyłem złodziejską „łapką”,  niektóre z nich otwierały się same, nawet bez używania klamki, służącej wyłącznie jako atrapa. Kuchenne linoleum przycinane wzdłuż porządnie wyszczerbionej piły – ech, cóż tu jeszcze wymagać od tej brygady z aleksandrowskiej wielobranżówki remontowej…

Następnego dnia pojechałem swoim „maluszkiem” do siedziby radziejowskiego Oddziału Terenowego WZWet. Załatwianie formalności – dzięki sprawnej pracy pań z biura – poszło dość szybko, tym bardziej, że wszelkie moje dokumenty zostały przekazane drogą służbową z Włocławka.

Oddział Terenowy wykradał część powierzchni w dużym budynku byłego urzędu powiatowego. Obecnie Urząd Gminy litościwie tolerował na ostatnim piętrze trzy pokoje i część odgrodzonego przepierzeniem korytarza – przeznaczone dla weterynarii. Pokój referentów z zaaferowanymi pracą urzędnikami, gabinet księgowej, i oczywiście – „sekretariat” zlokalizowany w korytarzu przed wejściem do pokoju kierownika oddziału. Czekając, w korytarzu poznałem emerytowanego lekarza, pracującego jeszcze na pół etatu w ubojni królików.

– W Ciechocinku? Szkoda, że się wcześniej nie poznaliśmy, moglibyśmy razem przyjechać. Toż to zaledwie dziesięć kilometrów od Aleksandrowa – odpowiedziałem nowo poznanemu koledze Pikutowskiemu.

– Będzie mi miło, jak kolega odwiezie mnie wracając, swoje sprawy załatwiłem, poczekam na kolegę.

– Jest pan, doktorze, proszony do kierownika – bezosobowym głosem oznajmiła nieco otyła i, chyba przesadnie pewna siebie, blondyna zza biurka przy drzwiach gabinetu.

– To, panie doktorze, niech pan chwilę na mnie zaczeka, pojedziemy razem do domu – poprosiłem doktora Pikutowskiego i zapukałem do obitych dźwiękoszczelną wykładziną drzwi.

– Jestem lekarzem po stażu i mam, zgodnie z poleceniem dyrektora, podjąć pracę w Aleksandrowie – przedstawiłem się wysokiemu, elegancko ubranemu lekarzowi, siedzącemu za biurkiem ustawionym pod oknem.

– Pasłęka – z nieznacznym ociąganiem, powstając z fotela, podał mi rękę kierownik – proszę usiąść. Dobrze, że pan przyjechał, zaraz będzie gotowa pańska legitymacja służbowa. Tymczasem porozmawiajmy. Gdzie pan kończył studia?

– W Lublinie. A pan, doktorze? – zaciekawiłem się pozorną prywatnością rozmowy.

– Ja? W Warszawie – odparł nieco zaskoczony kierownik, starając się mówić głośno i wyraźnie.

– Zaczyna mi się tu podobać, już byłem na kilku zgłoszeniach i mam wrażenie, że zdołam się szybko zaaklimatyzować – ciągnąłem rozmowę.

– Czemu pan przyszedł tu z Włocławka? – zdecydował się wreszcie zadać zasadnicze pytanie doktor Pasłęka.

– Na własną prośbę – mieszkanie i tak dalej…

– Widzisz,

tu nie będzie żadnej taryfy ulgowej.

Trzeba będzie ostro pracować, żeby zarobić na chleb.

– To dla niektórych jest taryfa ulgowa, doktorze? O mnie nie musi się pan martwić. Znam swoją pracę.

– Znasz? To jeszcze zobaczymy. Teraz jednak chciałbym zastrzec jedną rzecz. Mianowicie, nie chcę słuchać jakichkolwiek usprawiedliwień ze względu na twój słuch – wymownie spojrzał w moją stronę, bawiąc się długopisem, zza biurka.

– Jest pan pierwszą osobą, która ma problemy z powodu mojego słuchu. A swoją drogą, to miło mi, że zrobił pan tak dokładny wywiad na mój temat. A wracając do tematu –  do tej pory ze swoim słuchem radziłem sobie sam i  nie planuję prosić pana o pomoc w tym zakresie.

– Absolutnie jej nie dostaniesz. Potrzebuję tu pracownika pełnosprawnego, a nie kogoś, komu wszyscy będą musieli pomagać. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy… – zakończył rozmowę doktor Pasłęka.

Po rozmowie kwalifikacyjnej, w samochodzie, pokrótce zdałem z niej relację starszemu koledze.

– Widzi pan, kolego, kierownik jest mocno wzburzony. Ta sekretarka, która wpuszcza ludzi do jego gabinetu – to jego żona… – zaczął wyjaśniać doktor Pikutowski.

– Ta przy wejściu? Oj, to rzeczywiście można usprawiedliwić maniery doktora Pasłęki.

– Parę dni temu pracowała jako kierowca sanitarki, ale lekarze z pogotowia zbuntowali się przeciwko jeżdżeniu z nią na zgłoszenia, bo ta kobieta na samochodach zna się bardzo słabo, umie jeździć tylko po drogach wyasfaltowanych, a w razie drobnych nawet awarii nie dawała sobie rady z naprawą. Jak już zatrudniać kierowcę – to osobę kompetentną. Nie po to lekarz ma podczas dyżuru kierowcę, aby się nim stale opiekować! Dyrektor, na szczęście, podzielił opinię lekarzy i pani Pasłękowa musiała pójść, bardzo zresztą niechętnie, do pracy za biurkiem przy pokoju kierownika. Właśnie ze względu na nią powstało to przepierzenie na korytarzu.

– Czyli pojawiłem się w niezbyt odpowiednim momencie?

– Co najmniej. Ale, kolego, to są prywatne sprawy kierownika. I on nie ma prawa łączyć ich z pracą zawodową! – zeźlił się w końcu stary doktor.

Gdy majstrowie na dobre wyprowadzili się z mojego mieszkania, do lecznicy przyjechał wielokolorową syrenką pan Kłaczkowski – kierownik działu remontowo-budowlanego ze Spółdzielni Wielobranżowej, która to wykonywała cały remont. Obaj kierownicy już od paru godzin obradowali w pokoju szefa, gdy w pewnym momencie i ja zostałem tam zaproszony.

– I co, panie doktorze, czy jest pan zadowolony?

Wyznaczyłem tu do remontu naszą najlepszą brygadę

– zagaił po przedstawieniu nas właściciel syrenki i podejrzanie czerwonego nosa.

– Pewnie też najszybszą… W ostatnich dniach tempo mieli zaiste błyskawiczne – zacząłem odpowiadać i w tym momencie zobaczyłem, jak szef z niepokojem popatrzył na mnie.

– Starałem się, panie doktorze – skromnie przyznał się kierownik ekipy.

Chcąc, czy nie – widząc wymowny wzrok szefa – natychmiast porzuciłem rozpoczęty wątek i podziękowałem panu Kłaczkowskiemu za wyjątkowe starania przy doborze pracowników.

Ponownie zapukałem do gabinetu kierownika, gdy syrenka odjechała.

– Panie kierowniku, w końcu czerwca, za trzy tygodnie, żenię się i mam zaplanowany dwutygodniowy wyjazd do Rumunii, nad morze…

– Może się pan żenić, nic mi do tego. Ale

urlopu pan nie dostanie.

Trzeba było mnie wcześniej o tym uprzedzić! – zaatakował nagle czymś poirytowany kierownik.

– Czemu? – cały struchlałem.

– Ja od stycznia, zgodnie z zarządzeniem dyrektora, robię plan urlopów i pana nie mam w wykazie! Nie będę sobie teraz rozbijał grafiku – nieco spokojniej, zadowolony, że znalazł wymówkę, wyjaśnił doktor Zambrowski.

– Jeżeli ten grafik sporządził pan, doktorze w styczniu, to pewnie mnie tam wcale nie ma, gdyż decyzja o moim przyjściu do Aleksandrowa zapadła dopiero niecałe dwa miesiące temu. Jestem tu czymś w rodzaju ekstra dodatku do tego grafiku. Mam nadzieję, że w takim układzie nie powinno to sprawić panu większej różnicy, bo na pewno zaplanował pan pracę w okresie wakacyjnym nie biorąc mnie pod uwagę – próbowałem przekonać kierownika.

– Ale plany się zmieniły i zostanie pan w pracy – odpowiedział doktor Zambrowski spoglądając na drzwi.

– Panie kierowniku, mam zapłacony wyjazd, przygotowane paszporty, wizy…

– Trudno, trzeba było ten wyjazd wcześniej ze mną uzgodnić. Ślub to pańska osobista sprawa i nic mnie to nie obchodzi, dopóki nie koliduje z obowiązkami służbowymi, ale na urlop nie mogę pana puścić – doktor nie podnosił wzroku, skupionego na blacie biurka.

– To w takim razie muszę zadzwonić do dyrekcji, żeby odwołać wyjazd. Może uda mi się odzyskać pieniądze, o ile wstawią na moje miejsce rezerwowego kandydata – poddałem się.

– Do dyrekcji? Zadzwonić? A po co?… – kierownik aż cofnął się na foteliku, dokumentnie zdumiony moim niesłychanym pomysłem.

– Odwołać wyjazd, bo nie dostałem urlopu – odpowiedziałem, zaskoczony przesadnie gwałtowną reakcją doktora Zambrowskiego.

– To w dyrekcji wiedzą o tym wyjeździe? – wyraźnie zaniepokojony zaczął pstrykać długopisem pan kierownik.

– Oczywiście, to jest wyjazd organizowany w ramach naszego funduszu socjalnego, jeszcze jadąc z dyrektorem do Aleksandrowa, opowiadałem mu o planach na wakacje i śmialiśmy się z przepisu, umożliwiającego mi wyjazd na urlop dopiero po przepracowaniu pełnego roku. Dyrektor mówił, jakie ma kłopoty w związku z rozmaitymi dziurami w planie urlopów i śmiał się, że staram się na pierwszy urlop wyjechać tak daleko – zdumiony tłumaczyłem się kierownikowi.

– To i dyrektor o tym wie? – kierownik rzucił długopis, aż ten, zamiast wpaść do piórnika, potoczył się na podłogę.

– Oczywiście, ale sądzę, że nie będzie robił problemów, zgodzi się na mój urlop w innym terminie. Bo, jak mówił, to w sumie jego kierownicy ustalają ten plan, a on chcąc, czy nie, musi się z tym zgadzać – przekazywałem opinię dyrektora.

– To niech pan już lepiej jedzie na ten urlop, skoro to jest uzgodnione z dyrektorem, nic o tym nie wiedziałem… – niechętnie odpowiedział szef, grzebiąc w szufladzie.

– Ale ja, panie kierowniku, naprawdę mogę to jeszcze odwołać, wystarczy, że zadzwonię do dyrekcji… – nieświadomie drażniłem doktora.

– Nie trzeba dzwonić do dyrekcji,

ja sam tu podejmuję decyzje

– zakończył rozmowę kierownik, wyciągając z głębin biurka teczki z operatami PZU.

Później był ślub. W Toruniu. Przyjechały rodziny, koleżanki i koledzy Mariolki i moi, także Ala i doktor Waldorf.

Po powrocie z rozgrzanych południowym słońcem plaż Rumunii, zostaliśmy zaproszeni przez sąsiadów z dołu na spotkanie towarzyskie. W papciach, późnym popołudniem, zeszliśmy poznać rodzinę mojego kierownika. Mieszkanie właściwie takie samo jak nasze, tylko powiększone o jeden pokój, w pierwszej chwili zaszokowało nas swoją niekonwencjonalnością. Przyczynił się do tego głównie sufit w pokoju gościnnym, obciążony bardzo ciężkim żyrandolem, a pomalowany bardzo awangardowo – na czarno, no może nieco przesadziłem, Mariolka określiła ten kolor jako ciemny, ale to bardzo ciemny granat. Okazuje się, że taki kolor sufitu jest szczególnie praktyczny w mieszkaniach osób palących duże ilości papierosów. Na suficie nie widać wtedy odkładania się smół nikotynowych.

Żona kierownika, pani Ewa, okazała się być przemiłą kobietą, pełną opiekuńczości i umiejącą dalekowzrocznie patrzeć w przyszłość. W trakcie luźnej rozmowy, pani Ewa wysondowała, czemu rzeczywiście przyszliśmy do Aleksandrowa. Czy ma on być odskocznią do kolejnych awansów? Czy planujemy przejąć kierownictwo lecznicy? Mariolka, z wrodzonym wdziękiem, zdołała przekonać panią Ewę, że nasze przybycie jest związane z mieszkaniem i dogodnym położeniem pomiędzy Toruniem a Włocławkiem – naszymi rodzinnymi miastami.

– Drodzy państwo, z weterynarią, poprzez Ziutka, jestem związana już od paru ładnych lat. Doskonale wiem, że w lecznicy musi być zachowany jak najbardziej przyjacielski klimat. Teraz kierownikiem jest Ziutek, lecz nie wiadomo czy za miesiąc, dwa nie zostanie nim pan, doktorze – rozpoczęła rozmowę pani domu, tym razem zwracając się do nas obojga.

– Ja się wcale nie śpieszę na to stanowisko.

Chcę popracować jako lekarz. We Włocławku mówili, co prawda, o takiej ewentualności – zastrzegłem – ale ja jej raczej nie biorę pod uwagę. Byłem, przez miesiąc, na zastępstwie, kierownikiem lecznicy w Dobrzyniu, lecz gdyby nie pomoc pracujących tam techników, mógłbym sobie nie poradzić z nawałem pracy.

Państwo Zambrowscy wymownie spojrzeli na siebie.

– Czyli chce pan pracować wyłącznie jako lekarz? – sondowała pani Zambrowska.

– Oczywiście. Naprawdę nie posiadam dowódczych aspiracji.

– Jest pan cholerykiem, prawda?

– W jaki sposób to pani poznała?

– Bo w zachowaniu jest pan bardzo podobny do mojego męża. Pani Mariolko! Oni będą się lubili, ale i czasami będą się tak kłócić, że aż strach – powiedziała pani Ewa do Mariolki. Słowa te okazały się prorocze. Do dziś kłócimy się zawzięcie i na następny dzień rozmawiamy, jak by nigdy nic nie zaszło.

– Myślę, że z czasem dogramy nasze charaktery – wtrąciłem ugodowo.

– Oj, doktorze, obawiam się, że, mimo najszczerszych chęci ze strony was obu – nie poradzicie sobie z waszą naturą. Jesteście zbyt wybuchowi, bardzo do siebie podobni charakterologicznie, zbyt mocno zaangażowani w pracę. Ale zmieńmy temat, mąż mówił, że tuż przed urlopem braliście ślub. Gdzie to było?

– W Toruniu.

– Dużo gości przyszło na ślub?

– O, tak, całkiem sporo, nawet od Włodka z pracy z Włocławka przyjechała delegacja – nieoczekiwanie wtrąciła Mariolka.

– Z Włocławka? Z lecznicy? – zapytał mocno zaskoczony doktor Zambrowski, gasząc chyba trzydziestego w trakcie dzisiejszego wieczora papierosa.

– Z lecznicy i z województwa.

– Z województwa też? – kierownik zrobił się niespokojny. – Ciekawe prezenty przywieźli?

– Ala z doktorem Waldorfem podarowali nam komplet pościelowy, a z biura dostaliśmy piękny bukiet róż – Mariolka zawsze miała pamięć do szczegółów.

Za oknami dawno pociemniało, przez uchylone drzwi balkonowe papierosowy dym walił na dwór niczym z parowozu. Kilkaset metrów dalej kolejarze z umiarkowanym hałasem przetaczali wagony. Hen, za lasem, co chwila rozlegały się wybuchy. Trwały nocne ćwiczenia w strzelaniu artylerzystów z Torunia.

– Dyrektor przed państwa przyjściem tutaj przekonał panią Kisielewską do przeprowadzki na parter. Rozmawiałam i z panem dyrektorem, i z panią Kisielewską. Okazuje się, że przeprowadziła się stosunkowo chętnie. Mówiła, że jej oczy odpoczną od widoku ścian, na które tyle lat patrzyła razem z mężem.

– Obawialiśmy się o to, jak zareaguje pani Kisielewska, ale, rozmawiając z nią parę dni temu, odniosłam podobne wrażenie. Pani Kisielewska była w naszym nowym mieszkaniu i mówiła, że podoba się jej sposób, w jaki je urządziliśmy – ciągnęła konwersację Mariolka.

– A wiecie państwo, że mamy w domu faraonki? – zapytał kierownik.

– Mój Boże! Faraonki? – wykrzyknęła przerażona Mariolka.

– Co to takiego? – zapytałem.

– Przyzwyczai się pan. To takie maleńkie, całkiem niegroźne mróweczki, ale stanowią straszne utrapienie gospodyń, którym przychodzi z nimi walczyć. Są chyba nieśmiertelne! – uświadomiła mnie pani Zambrowska.

Pani Grażynka, konspiracyjnym szeptem, poinformowała mnie, że w tym tygodniu, a najdalej w przyszłym, mają do sklepu meblowego rzucić sporą partię kompletów kuchennych, a może i pokojowych, więc warto zapisać się w kolejkę.

Zapisałem się tego samego dnia.

Po kilku dniach, gdy kierownik sklepu dostał potwierdzenie dostawy – sama pozycja na codziennie sprawdzanej liście  przestała wystarczać. Lista od tej chwili była sprawdzana co kilka godzin, w związku z tym coraz staranniej trzeba było pilnować swojego miejsca, bowiem nieobecni podczas kolejnych dwóch sprawdzianów wypadali z kolejki. Dwa ostatnie dni spędziliśmy, pilnując na zmianę z Mariolką kolejki, u drzwi magazynu meblowego.

Magazyn przylegał z jednej strony do torów kolejowych, z drugiej posiadał spory plac manewrowy dla samochodów rozwożących meble do poszczególnych sklepów. W obecnym czasie było nie do pomyślenia rozwożenie mebli do sklepów. Szły bezpośrednio z magazynu, bez zbędnego obciążania uspołecznionego handlu kosztami transportu.

O świcie czwartego dnia pilnowania kolejki – wreszcie przywieźli! I to dużo! Sprzedaż odbywała się nieomalże z wagonów przy rampie magazynu. Pieczołowicie prowadzoną listę wkrótce diabli wzięli, pojawiła się bowiem cała masa nowych chętnych na meble. Kupował ten, co był bliżej kasy. My, na szczęście, byliśmy tak blisko okienka, że nikt nie zdołał nas stamtąd odepchnąć. Jakim szczytem marzeń okazała się wypełniona faktura na zakup kompletu kuchennego i pokojowego. Jednego dnia kupiliśmy meble do kuchni i pokoju! Europa! To się nazywa zaopatrzenie! Bez większych problemów oto kupiliśmy wyposażenie do prawie całego mieszkania! Nowoczesne, fabrycznie wykonane, niedrogie i, rzecz oczywista,

pierwsze własne meble.

Tego samego dnia ściągnęliśmy rodziców z Torunia i Włocławka do pomocy w montażu i ustawianiu meblościanek. W ciągu następnego tygodnia przywiozłem z Torunia trzy ogromne fotele, zrobione wyłącznie z gąbki, obszytej zieloną tapicerką. Mimo że po złożeniu fotele były niewiele mniejsze niż samochód, kolejno ładowałem je na bagażnik dachowy i transportowałem swoim fiacikiem.

– Panie doktorze, telefon! – zawołała pani Grażynka.

– Słucham? – odebrałem słuchawkę z rąk sekretarki.

– Włodku, czy poznajesz mnie po głosie? – tajemniczo zaczęła się rozmowa.

– Nie.

– Nie szkodzi, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Posłuchaj uważnie.

Za kilka godzin przyjedziemy do lecznicy na kontrolę.

Tymczasem pójdziesz do sklepu z telewizorami przy sąsiedniej ulicy i zajmiesz tam miejsce w kolejce. Zapisz się od razu na dwa telewizory. Zrozumiałeś?

– Oczywiście. Już lecę.

– Czekaj, czekaj… – wystopował mnie głos ze słuchawki.

– Tak?

– Pamiętaj, kontrola jest niespodziewana, tylko ty o niej wiesz. Nikomu nic nie mów!

– Dobrze! – spokojniej odłożyłem słuchawkę.

– Gdzie kierownik, pani Grażynko?

– Poszedł do garażu, mówił że musi przeczyścić świece w samochodzie.

W garażu doktor Zaremba faktycznie w najlepsze naprawiał swojego fiacika. Ręce umorusane po łokcie, masa śrubek na podłodze, walające się wszędzie klucze.

– Panie kierowniku!

– Co się stało? – zdziwiony oderwał się od gaźnika.

– Zaraz będą tu z Włocławka. Jakaś kontrola.

– Skąd wiesz? – zapytał zaskoczony.

– Miałem przed chwilą telefon.

– Kto dzwonił?

– Pewna życzliwa duszyczka.

– Czyli: kto? – kierownik zaczął wycierać ręce w szmaciane gałganki.

– Nie mogę zdradzić źródła informacji. Powiedzmy, że jeden z kierowców.

– Ale to pewne?

– Jak najbardziej.

– A co będą kontrolować?

– Tego to dokładnie nie wiem. Najprawdopodobniej – stan ogólny lecznicy.

– Zawołaj tu natychmiast Stefana, Piotra i Pawła, niech przyjdzie też Władek! – wydawszy dyspozycje, kierownik zabrał się za zbieranie powykręcanych śrubek.

Zawołałem chłopaków, a sam tymczasem chyłkiem wyślizgnąłem się do sklepu. Rzeczywiście, we Włocławku mieli dobre informacje, ale i Aleksandrowiaki nie okazali się od macochy. Pod sklepem szybko zbierał się tłumek. Po godzinie, gdy nadjechała ciężarówka z towarem, kolejka zgęstniała do tego stopnia, że zablokowała cały chodnik.

Dobrze, że frontowe szyby sklepu były okratowane. W przeciwnym wypadku mogłyby zostać wgniecione do środka przez podekscytowany tłum. Na wystawie stały dyżurne telewizory, stojące tam od zawsze, jako dekoracja. Sklep ze sprzętem radiowo-telewizyjnym powinien posiadać jakieś eksponaty. Puste półki, przybrane rachitycznymi bukiecikami, czekały na towar.

Gdy przyjechała milicja – otworzyli sklep.

Można było wchodzić po pięciu. Weszła pierwsza piątka. Ja byłem w następnej. Bez pieniędzy. Prosto z zaplecza telewizory szły na stolik do pobieżnej kontroli i zaraz były pakowane z powrotem w pudła, już sprzedane. Zaczynałem okazywać objawy zdenerwowania, gdy podjechał radiowóz z naszej dyrekcji. Podszedł kierowca.

– Tu masz pieniądze. Kup jak największe. Jeden kolorowy, drugi czarno-biały – poinstruował dyskretnie Janek.

– Janek! Wiesz, gdzie mieszkam? W tamtym domu przy lecznicy, na piętrze. Skocz migiem, poproś moją żonę żeby biegiem przyszła z pieniędzmi na telewizor!

– Lecę.

Służbowy Fiat kombi z piskiem opon wystartował do oddalonej o sto metrów lecznicy. Pieniądze na trzeci telewizor podał mi milicjant, gdy już z miną skończonego krezusa wybierałem aparaty.

Dwa weszły do fiata, trzeci musiałem dźwigać sam. Na szczęście, nie był ciężki.

W lecznicy kontrola się zakończyła, inspektorzy odjechali.

– Pani Grażynko! Czy kierownik zorientował się, że mnie nie było? – zapytałem sekretarkę.

– Ależ skąd. Miał takie urwanie głowy, że tylko biegał w kółko po swoim gabinecie, przynosił i odnosił jakieś teczki.

– Ilu ich przyjechało?

– Trzech.

–  Jest u siebie?

– Aha.

Kierownik chłonął z wrażeń.

Na swoim foteliku obrotowym, otoczony stertą akt, trochę nieprzytomnym wzrokiem patrzył w przestrzeń.

– I czego chcieli, panie kierowniku? – zapytałem.

– Sprawdzali grafik szczepień przeciwko różycy – na chwilę wyrwał się z kontemplacji doktor Zambrowski.

– I co?

– Dziwne, do niczego się nie przyczepiali, Wszystko, co im tylko podawałem, uznawali za dobre – z zamyśloną miną analizował przebieg kontroli.

– Rzeczywiście, dziwne. Bo zawsze się czepiają…

                                                                             Włodzimierz Szczerbiak