Dyżur w Boże Narodzenie. Zimno, cisza, zero pacjentów. Popijając herbatę, zastanawiałem się, czy w ogóle jacyś się zgłoszą. Słuchając przyciszonych kolęd, z nudów robiłem przegląd leków w szafie. I nagle wpada tornado.

            Kobita, którą pierwszy raz widzę, a powiem nieskromnie –  mam bardzo dobrą pamięć wzrokową: krzyczy, że przeze mnie jej mąż leży w szpitalu. Mówię:

         –  Niech się pani uspokoi. I jeszcze raz powtórzy to, co powiedziała.

            Ona, z jeszcze większym zdenerwowaniem i większą agresją, powtarza, że mąż, z mojej winy, leży w szpitalu.

         – Ale ja panią pierwszy raz widzę.

         – Zgadza się, bo zawsze z psem przychodził mąż.

         – Dobrze. Jakie jest pani nazwisko?

            Podaje. Sprawdzam w komputerze; takiego nazwiska i imienia nie mam…

         –  Zgadza się –  mój mąż ma inne nazwisko.

            Sprawdzam, rzeczywiście –  była wizyta 7 grudnia. Tłumaczę pani, że była to wizyta kontrolna po operacji i od tego czasu nie widziałem ani psa, jak również pani męża.

         –  Tak, ale

mężowi pies odgryzł nos. I to przez pana doktora!

            Pomyślałem: jakaś kobieta niezrównoważona psychicznie. Ale…  w tym momencie przypomniałem sobie, że w okresie przedświątecznym, w grudniu, mówiłem opiekunom, żeby w Wigilię posłuchali, co pupil będzie mówił ludzkim głosem na wasz temat. A może powie coś i na mój temat…

            Poprosiłem, żeby jeszcze raz opowiedziała po kolei, co i jak się stało.

– Doktorze, więc była Wigilia. Wszyscy przy stole, pies również. Rozmowy, kolędy, tradycyjnie. Po kolacji wigilijnej mąż zaproponował po kieliszku wódeczki. Biorąc pod uwagę, że mąż jest taksówkarzem i generalnie nie pijący, pozwolił sobie na kilka głębszych.  Przed godziną dwunastą wybieraliśmy się pieszo na Pasterkę, bo Kościół mamy blisko…

             Bardzo cierpliwie słuchałem opowieści, zwłaszcza, że zauważyłem uspokojenie i spadek napięcia emocjonalnego u mojej rozmówczyni.

         – I co dalej? –  zapytałem.

         –  No i mąż, już ubrany do wyjścia, poszedł spytać psa, co on powie na jego temat. Yoko – amstaff spał w swoim legowisku. Po nachyleniu się do psa i zadaniu mu pytania, Yoko nagle się zerwał i… odgryzł mężowi nos.

            Opowiadała to bardzo poważnie, a ja, oczyma wyobraźni, widząc sytuację, może to głupie, z trudem powstrzymywałem się od śmiechu. Taki angielski humor…

            Kobieta ciągnęła dalej:

         – Mąż natychmiast wytrzeźwiał. Złapał Yoko, z pyska wyjął kawałek nosa, spory kawałek, nalał do słoika zimnej wody i kazał mi dorzucić lodu. Cały zakrwawiony, razem ze mną, pojechał do szpitala. W szpitalu założono opatrunek i po paru minutach zabrali go na salę operacyjną. Operacja doszycia nosa trwała kilka godzin. Lekarze powiedzieli, że, po pierwsze, po pijaku nie podchodzi się do psa, bo psy zwykle nie tolerują zapachu alkoholu, a po drugie, operacja trwała długo, bo starali się zrobić starannie i dopiero po paru dniach się okaże, czy operacja się udała…

         –  Pani mąż nie jest pierwszy i nie ostatni, który trafił do szpitala z odgryzionym nosem – ja na to.

            Pani, lekko zdegustowana moją rekcją, wstała i mówiąc: – Do widzenia i spokojnych Świąt!, wyszła z gabinetu.

            Po Nowym Roku przyszedł do gabinetu, obandażowany na twarzy, poszkodowany taksówkarz. Na wstępie przeprosił za zachowanie żony. Przedstawił swoją wersję wydarzeń, która w dużej mierze z wersją żony się zgadzała. 

            Często do mojej kliniki przyjeżdżali opiekunowie ze zwierzakami i mówili, że podwiózł ich taksówkarz z siodełkowatym nosem, który pozdrawia mnie osobiście.

            Od tego czasu nie mówiłem w okresie bożonarodzeniowym, aby słuchać, co zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem.

            W następnym roku, przed świętami, miałem okazję wystąpić w radiu i opowiedzieć tę historię. Audycja była na żywo, rozgorzała dyskusja. Okazało się, że ten przypadek nie jest odosobniony. Psy rzeczywiście generalnie nie tolerują alkoholu.

                                                                                                                  Andrzej Pępiak