Ranek, wczesna wiosna , prozaiczne zgłoszenie  –  nie mogą wycielić jałówki bo idą dwa cielęta na raz i coś jest z tymi cielakami nie tak. Prawdopodobnie trzeba będzie wykonać cesarkę.

Takie coś to przecież  dla mnie  bułka z masłem i nic tylko jechać i po prostu zrobić. Pewnikiem cesarka nie będzie potrzebna , a bliźniaczy poród należy do łatwiejszych, tylko trzeba wiedzieć jak. Tak mówi teoria i doświadczenie .

Ale ?.

Pozbierałem potrzebne narzędzia  i w drogę.

Po przybyciu na miejsce okazało się ,że poród rozpoczął się w nocy . Odeszły wody , pokazały się  tylnie nogi  , za które pociągnęli ale bez skutku. Nic nie chciało dalej wyjść. Gdy pomacali w środku wymacali małe nogi i głowę/ od drugiego cielaka/  i dalej nie dało się  tego wyciągnąć ,więc wezwali pomocy.

Idziemy do obory gdzie  leży jałówka mięsnej rasy , której z pochwy  wystają  nogi  cielęcia podeszwami na dół . Gospodarz „perswazją słowną” skłonił ją do wstania .Zrobiła to z trudem.  Badanie  wstępne dróg rodnych – płód w przodowaniu pośladkowym ,kończyny grube / normalne/ale sztywne w stawach . Na głębokość ramienia cieniutkie / grubości mojego kciuka/ zagięte do środka, sztywne kończyny przednie . Bezpośrednio za tymi coś na kształt sporej głowy. Głębiej nie można włożyć ręki , a macica w zasadzie przylepiona do płodu. Żadnej możliwości przemieszczania płodu, który zabiera za sobą macicę. Badanie rektalne nie wniosło wiele więcej informacji .   Na podstawie takiego badania stwierdziłem ,że mamy do czynienia z martwym zdeformowanym płodem – potworkiem w pozycji siedzącego psa , którego naturalną drogą nie ma możliwości wydobycia . Naświetliłem dwie możliwości rozwiązania problemu –ubój i utylizacja / zgodnie z przepisami/ lub cesarka z nie do końca  pewnym finałem. Właściciel wyraził zgodę na drugą wersję.

 Standardowe czynności przygotowawcze , przykręgowe znieczulenie i  otworzenie powłok w lewej słabiżnie  . Po włożeniu ręki do jamy brzusznej okazuje się ,że jest  duży płód dodatkowo zdeformowany w obrębie kręgosłupa – załamanego pod kątem i sztywnym przez co  tworzył wielką kulą bez jakiejkolwiek możliwości zbliżenia do rany przy pomocy kończyny czy też głowy . Macica bez wód przylegała  prawie ściśle do tego tworu , a każdy manewr niebezpiecznie naciągał jej  krezkę  .  Urwie się, czy nie urwie ?.

Cholera dobrze nie jest  i jak się do tego zabrać.

Na początku w zasadzie nie miałem żadnego sensownego pomysłu ale po chwili analizy zastanego stanu wpadł mi do głowy pomysł na wybrnięcie z „ kałabani”. Był on trochę szaleńczy  bo polegał na tym ,że otworzę krowę z prawej strony , a asystent  z lewej strony przybliży i ustali mi ten tobół macicy przy  ranie  . Wtedy natnę macicę , zahaczymy płód , obrócę go do otworu i wydobędziemy  na zewnątrz. Problemem było – czy wystarczy ściany brzucha na rozmiar sztywnego płodu .Nie mogłem w tym momencie oszacować jak dużą będę musiał wytworzyć dziurę . Dodatkowym warunkiem powodzenia było  to, czy krowa wytrzyma zabieg w pozycji stojącej , bo gdyby się położyła  to po ptakach.  

Przedstawiłem  gospodarzom moje zamiary / z podaniem ryzyka/ ,a ci  wyrazili  na to zgodę .

Przystąpiłem więc do realizacji pomysłu. Dla wzmocnienia kroplówka z 5% glukozy z 0,9%NaCl + odrobinę Calcium borogluconatum.

Znów toaleta pola ,znieczulenie przykręgowe  i otworzyłem zwiadowczo brzuch w prawej słabiżnie . Badając z tej strony określiłem najwęższe miejsce płodu – wypadło w miejscu deformacji kręgosłupa choć sztywność uniemożliwiała jakiekolwiek kombinacje. Wypadało wytworzyć  w powłokach otwór długości ok.60-80 cm. Rozciąłem przez całą słabizna co dawało ok. 50 cm – chyba będzie mało ?.   Wg. planu pomagier zepchnął macicę , przytulając ją do mojej strony. Ale nie mógł jej trwale ustalić przy otworze tak aby to dotyczyło miejsca zagiętego kręgosłupa. Poszerzyłem więc ranę z lewej strony na tyle  by można było włożyć  w nią dwie ręce. Guzik z tego  – jeden chłop nie był w stanie zrealizować warunku – brakowało długości rąk. Wymyśliłem, żeby drugi z mężczyzn  też  porządnie umył rękę , stanął plecami do pierwszego i jeden lewą drugi prawą  przybliżyli i ustalili macicę . Udało się. Wykonałem nacięcie macicy nad załamanym kręgosłupem , który wyłonił się na zewnątrz.  Ostrymi hakami zafiksowałem płód.  Haki wzięła w ręce dwie  panie , próbując go pociągać podczas gdy ja poszerzyłem cięcie macicy by potem  ręką w macicy popróbować nakierować to co miało być głową do rany. Nic z tego – sztywny płód działał jak sprężyna. Zwolniłem jednego asystenta aby próbował przekręcić  wystającymi nogami  ale nie dało się za ich pośrednictwem obrócić cielaka .  Nic tylko trzeba ten cholerny płód przeciąć w miejscu zagięcia. Tylko jak. Głośno myślę i starszy z mężczyzn mówi : chwila – mam duże  kleszcze do  cięcia blachy – może się zdadzą. Przynosi wielkie kleszcze z mimośrodowym przełożeniem – idealne. Dwa cięcia i kręgi trzeszcząc  poddały się . Porządnie zafiksowałem łańcuszkiem kręgosłup pod cięciem.  Płód złożył się i trochę zmniejszył wymiary. Samą ręką nie dałem jednak rady obrócić góry do siebie. Założyłem pętlę z łańcuszka za małe przewężenie pod głową. Łańcuszek w ręce młodszego mężczyzny.  Drżąc ,że urwę macicę i pilotując ręką powoli wsadziłem płód do rany. Udało się i  wyciągnęliśmy worek , który zawisł na skórze.  Teraz kolej na tył cielaka ale ten zaparł się i nie idzie  . Okazuje się ,że trzymają  długie sztywne nogi – za długi klocek. Cholera co tu począć . Trzeba ten klocek skrócić. Znów w ruch idą kleszcze i wcale nie tak lekko, wystające z dróg nogi odcięte – dało to sporo ponad pół metra. Teraz ciągnąc z góry i podpychając z dołu  wykręciliśmy w końcu cielaka . Okropny widok tych kawałków ciała  z pętlami  wypadniętych jelit. Jakieś 60kg nieszczęścia. Złapałem uciekająca macicę , która jednak rozdarła się jak chciała .Oddałem  ją do trzymania starszemu z pomagierów. Młody mężczyzna ,który odciągał cielaka na bok wali się zemdlony na ziemię. Zajęły się nim panie – zimna woda wróciła go rychło do żywych , ale zaleciłem mu by poleżał chwilę  z nogami w górze.   Ręce drżą mi  po  tym wysiłku , a tu trzeba uskutecznić  szybkie szycie macicy. Krzywa  dziura jakieś 60- 70cm  .Szybkie opłukanie z grubsza rąk, wytarcie czoła z potu, garnuszek wody wypity na otrzeźwienie i do roboty.  Przy pomocy asystenta szycie macicy poszło  sprawnie. Zeszyta  macica pod rękami tężała tzn. zaczęła się kurczyć –ulga.  Mycie macicy, wygarnięci płyny z brzucha i macica na swoje miejsce. I teraz  kolej na szycie powłok. Gdy zabieram się do tego starsza pani nagle łapie się za głowę  i z okrzykiem  „  Rany boskie ,chleb w piecu „ wybiegła z obory.  Jak to zwykle  bywa , założenie  pierwszej warstwy szwów, które praktycznie zamykają  jamę brzuchą  daje rodzaj odprężenia i tak też było teraz. Mięśnie po kolei do kupy , choć w dole trzeba było pogłówkować co z czym  połączyć. Wszystko dotąd to pestka bo to były tkanki miękkie w pełnym tego słowa znaczeniu , ale teraz  gdy przyszła kolej na skórę schody . Ta jak na przysłowiowym byku – gruba ,twarda i   niechętnie poddająca się igle. By nie łamać igieł szyłem wspomagając się grubą igłą iniekcyjną nałożoną na strzykawkę, na zasadzie  wkłucie igły  – włożenie do niej końca igły z nitka i przeciągnięcie przez skórę. Drżącymi rękami pocerowałem pierwszą dziurę – jakieś 70cm. Potem czas na tę trochę mniejszą z drugiej strony. Znów metoda igła igła .Trwało to dłużej  ale było skuteczne. Po raz kolejny zacząłem trochę żałować ,że nie przekonałem się dotąd do klamerek , choć  z drugiej strony stosowana w tym wypadku zetka idealnie naprawiała wszystkie dysproporcje brzegów rany. Duży sączek na dole i w końcu gotowe. Krowa jakby wyczuła, że już może i klapnęła na ziemię. Na kolanach skontrolowałem macice i założyłem do niej czopki. Potem tylko dokończyć kroplówki  i po robocie. Uff.!.

Teraz czas  na wstępne opłukanie się  i idziemy do domu gdzie generalne mycie , przebranie się . W całym domu pachnie świeżo pieczonym chlebem choć chyba też dymem. Gospodyni / starsza pani/ prosi na śniadanie. Jajka ,masło, boczek,  powidło , miód , mleko i chleb – domowy ale wyrażnie  czerstwy. Ponieważ mam język niewyparzony ,  pytam –

 w całym domu  pięknie pachnie świeżo upieczonym chlebusiem , a my mamy jeść czerstwy ?.

Na to słyszę –

 chleba nie ma bo się spalił.

Spokojnie- mówię – może tylko porządnie się przypiekł.

 Pani przynosi bochenek chleba o skórce zbliżonej do czerni. Proszę  o nóż , odkrawam porządną pajdę ,wącham,  smaruję ją grubo masłem , które zaraz  się na niej rozpływa   ,posypuję grubo  cukrem i z błogim uśmiechem pałaszuję . Zęby wytrzymały. W prezencie otrzymałem dwa bochenki  dobrze ciepłego chleba.    

 Mniam – palce lizać .

Tylko jak  finalnie wyliczyć koszty jego uzyskania.

Ręce bolały mnie przez  kilka dni.

ps. Krowa wylizała się bez konieczności dodatkowej pomocy lekarskiej  , a ja zapowiedziałem sobie  – nigdy więcej takich łatwych jak bułka z masłem porodów bo i chleb ma też swoją cenę.

Jerzy Harmata