Młoda para przyjechała na konsultację i ewentualny zabieg ortopedyczny u psa. Przywieźli ze sobą zdjęcia RTG. Jednak jakość zdjęć jak i sposób ułożenia pacjenta nie do końca mnie zadowalały. Młody był bardzo grubiańsko (wręcz chamsko) nastawiony do całej sytuacji.
Po zaproponowaniu wykonania ponownych zdjęć RTG i prośbie, żeby poszedł ze mną celem wykonania zdjęć, (starałem się nie angażować właścicieli przy projekcji zdjęć, ale akurat wszyscy moi pracownicy byli zajęci) bardzo nieprzyjemnie zwrócił się do swojej partnerki: on nie pójdzie, to nie jego pies. I opuścił gabinet.
Niekomfortowa sytuacja.
Nie za bardzo lubiłem wykonywać zdjęcia RTG z kobietą, ponieważ, zgodnie z procedurą trzeba było zadać, dla mnie krępujące, pytania, np. czy nie jest pani w ciąży? Ale nie było wyjścia; po zadaniu tych niezręcznych pytań, poszliśmy do pracowni RTG. Mimo, że pies był wyjątkowo spokojny i zdyscyplinowany, opiekunka nie do końca dawała radę utrzymać go w pozycji umożliwiającej zrobienie prawidłowego zdjęcia.
Po wykonaniu trzech projekcji, poszliśmy do monitora, aby obejrzeć kończynę pacjenta. Przez przypadek, co nie powinno się zdarzyć, zauważyłem na dwóch projekcjach kości dłoni opiekunki. Kości dłoni to stwierdzenie na wyrost. To były cienie kości! Powiedziałem: psem zajmiemy się później, natomiast pani jest poważnie chora. Ma pani totalne odwapnienie kości…
Jej wzrok i przerażenie przybiły mnie zupełnie.
Ciągnąłem temat. Wówczas opowiedziała mi historię, która jeszcze bardziej mnie przybiła. Była cztery miesiące po porodzie. Od trzech miesięcy się leczy, nie jest w stanie utrzymać szklanki w rękach i dlatego była nieporadna przy trzymaniu psa. Nie jest w stanie nic w domu zrobić. Nie potrafi normalnie funkcjonować, cały czas jest zmęczona, nie ma żadnej radości z narodzin dziecka. Ma nawet myśli samobójcze. Mąż się na nią złości. Ale to dobry człowiek, zmienił się po porodzie, jak zaczęłam chorować. Leczy się i lekarze twierdzą, że to jest depresja poporodowa.
Zaproponowałem, że zrobię RTG jej dłoni i z tymi zdjęciami niech idzie do lekarza. Poprosiłem męża do gabinetu, bez żony. Przekazałem, że pies nadaje się do operacji, natomiast nic się nie stanie, jeżeli zrobimy to za dwa lub trzy miesiące. A teraz pilniejszą sprawą jest zajęcie się żoną. Przekazałem, co żonie grozi. Widziałem, że rozumie powagę sytuacji. Wymusiłem na nim, że zmieni na pozytywny stosunek do żony i zaopiekuje się nią w trakcie leczenia.
Jego podejście było teraz diametralnie inne, niż na początku wizyty. Poprosił żonę do gabinetu, przy mnie pocałował i powiedział:
od razu jedziemy do lekarza.
Nazajutrz otrzymałem telefon od lekarza medycyny z Koszalina. Podziękował za diagnozę i półżartem, półserio powiedział, że będzie wysyłał do mnie na konsultację przypadki, które nie będą się poddawały jego leczeniu.
Po dwóch miesiącach para przyjechała ponownie na operację z psem. Zupełnie inne osobowości niż poprzednio. Uśmiechnięci, zadowoleni, z dużym koszem kwiatów.
Leczenie przeprowadzone w Koszalinie szybko przyniosło pozytywne efekty, choć nie jest jeszcze zakończone. Ale jest już bardzo dobrze.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdybym zrobił wszystko lege artis, nie wiadomo, jaki byłby finał tej młodej kobiety…
Andrzej Pępiak