Teraz gdy czupryna siwa i coraz mniej takich miejsc ciała , które nie bolą lub nie bolały, postanowiłem przywołać przykłady pacjentów jacy przewinęli się przez moje ręce ,a byli naprawdę starzy. Ich zegar biologiczny nieubłaganie także tyka , ale w odróżnieniu od nas duży wpływ na ich losy mają ich właściciele. Często niezwykle trudno jest jednoznacznie ocenić jak mogli oni ten wpływ kształtować zwłaszcza w chwili schyłku.
Spróbuję zilustrować to przykładami , które w miarę dokładnie pamiętam poprzez nietuzinkowy przebieg.
Pierwszy ….
Kotka – rasowa / nie pamiętam jaka/ pięknie szylkretowo umaszczona, w wieku lat 20. Od „ nowości „ chuda , pełna życia i wigoru – przez wiele lat poddawana jedynie zabiegom profilaktycznym – robaki , kleszcze.
Powodem wizyty jest wypadek w jakim wzięła udział. Otóż w trakcie remontu domu futryna wymienianych drzwi spadła na kotkę. Okazało się ,że została złamana – odtrącona część bliższa kości udowej tj. w miejscu szyjki z główką tejże kości oraz fragment panewki miednicy. Kotka chuda więc diagnoza postawiona na podstawie badania klinicznego./ RTG na ten czas niedostępne/ Z uwagi na fakt ,że druga tylna noga sprawna i kotka w miare sprawnie się porusza uznałem ,że kręgosłup nie został uszkodzony. Decyzja – usuniemy odtrąconą część i będzie co ma być. Znieczulenie ogólne standardowe –ksylazyna /ketamina ,miejscowo 0,5% polocaina , golenie , toaleta i do roboty.
Nacięcie skóry –zero krwawienia , a wszystko suche jakby bez wody. Sprawdzam czy pacjentka na pewno żyje – żyje. Powięzie , mięśnie bez grama tłuszczu i jakby bez wody rozdzielane na tępo – zero krwawienia. Znów wątpliwość – żyje. Serce rytmiczne ,oddech w miarę głęboki- rzadki ale rytmiczny . Wejście na tępo do złamania – znów to samo , a w obrębie urazu bardzo niewielki krwawy naciek. Kolejna wątpliwość czy żyje. Nic się nie zmienia. Brak reakcji przyspieszania oddechu ani serca – czyli ją nie boli. Usuwam oderwany fragment kości , wyrównanie odłamanego brzegu kości udowej , wyskrobanie tego co zostało z panewki, szycie mięśni , powięzi, skóry bez kropli krwi i po zabiegu. Podskórnie płyny, antybiotyk, p.bólowe i tyle. Oddaję kotkę czekającemu właścicielowi z informacją ,że trochę mam obawy co do wyniku zabiegu – ale nadzieja jest bo tyle niespodzianek jakie w trakcie zabiegu zaobserwowałem napawa optymizmem . Jakież jest moje zdziwienie i radość gdy z samego rana następnego dnia dzwoni pan Karol i wesołym głosem jednym tchem informuje – doktorze cały dom nie spał całą noc .Kotka obudziła się 47 minut po przywiezieniu do domu ,popatrzyła na nas , a potem zwinęła się po swojemu i spała do godz.4 ,32. , wstała – upadła ,poleżała chwilę , wstała , na trzech nogach bardzo ostrożnie popróbowała się poruszać i potem w miarę sprawnie pokicała do miski i napiła się. Tydzień zajęło kotce powrót prawie do normalnego funkcjonowania. Największy problem zaczął się gdy zdecydowanie zaczęła domagać się wypuszczenia jej na pole. Zważając ,że natura jest mądra zezwoliłem na ten ruch. Następnego dnia telefon- jak poszła to dotąd nie wróciła. Spekuluję ,że podziałał instynkt drapieżnika , który czując ,że jest słaby gdzieś się zaszył żeby odejść. Przyjęli do wiadomości choć z żalem, że ich przy tym nie było. I znów niespodzianka – wróciła wieczorem prosto do miski. Wszystko wróciło do normy. Widziałem ją kilka razy gdy potrzebowałem interwencji właściciela z niedziałającym telewizorem/ pan Karol prowadził z synem punkt naprawy elektroniki/. Nie było powodu do przyczepiania się do stanu pacjentki. Trwało tak prawie cztery lata do telefonu p. Karola z prośba o wizytę. Zastaję w zasadzie cień kotki. Kości obleczone skórą. Zwierzę dotąd normalnie funkcjonujące od kilku dni praktycznie nie je ,jedynie pije wodę ,nie kontroluje oddawania moczu , w zasadzie jest nieobecna. Zbadałem ją klinicznie , powąchałem jej wydychane powietrze – zapach moczu. Rozmowa, w której uczestniczą wszyscy domownicy nie jest wesoła. Przedstawiam mój punkt widzenia – kotka umiera i tylko kwestia czasu jest kiedy to nastąpi. Tłumaczę ,że wiek, nerki , mózg itp. Na pytanie czy mogę coś na to poradzić odpowiadam szczerze , że nie. Cisza. I tu zabiera głos syn p. Karola– wychowywałem się z nią przez całe moje życie ,mamy tyle wspaniałych wspomnień i na pewno wiem ,że ona nie chciała by widzieć się jak bezwiednie odchodzi – zawsze stawiała na swoim .
Pozwolili kotkę uśpić. Bez zastrzeżeń i z ulgą uszanowałem ich decyzję
Drugi ….
Środek lata 2000r. , piękny słoneczny dzień, wszystko obłędnie pachnie gorącem, skoszoną trawą i wczorajszym obfitym deszczem. Z samego rana przychodzi do lecznicy mocna starszy pan. Proszony jestem o wizytę do krowy. Na pytania co się dzieje otrzymuję informacji – ano jest stara i nie może chodzić. Biorę torbę z lekami – wszystkiego po trochę i w drogę. Jedziemy z pół godziny , ale rozmowa między nami wcale się nie klei. Nie można było dojechać na miejsce bo mokro i trzeba było z pół kilometra dojść. Miedzami i łąkami idziemy w milczeniu .Dochodzimy do starego domu , obok którego stoi równie stara obórka. Za domem duży stary sad .Gdy mijamy furtkę starszy pan zaczyna mówić- doktorze , mam problem z moją cielisią. Może coś na to poradzimy –mówię. Proszę – idziemy zobaczyć co się da zrobić. Po wejściu do obórki doznaję wstrząsu. Obłożony pachnącym sianem i świeżą trawa leży w niej kościotrup obleczony kiedyś czerwono białą skórą. Na myśl przychodzi mi zaraz Haśek , jego Szwejk i gotująca się w batalionowym kotle melancholijna krowa , której mięso im dłużej było gotowane tym bardziej twardniało i przywierało do kości. W reakcji na naszą obecność krowa usiłuje wstać. Prawie jej się to udało , ale na przeszkodzie stanęły monstrualnie wyrośnięte racice. Już mam wybuchnąć gdy Pan dziwnym głosem prosi do domu. Idę za nim i siadamy w kuchni przy stole . Zapada cisza, która odbiera mi głos. Widzę ,że patrzące we mnie oczy starego mężczyzny są ogromnie smutne. Po chwili zaczyna mówić oddzielając każde słowo .
Panie doktorze – ona urodziła się w dniu , w którym umarła moja żona , chorowała pół roku , taka młoda , mówili ,że miała raka, to było na wiosnę 67roku, dzieci poszły na swoje, Ola w Nowym Targu , Krysia w Sosnowcu ,ona jest nauczycielką , chciała mnie wziąć do miasta , ja nie chciałem , ja się tu urodziłem i Marysia też z tej wioski, leży tu na cmentarzu, powiedziałem sobie ,że zostanę tu , Marysia lubiła węgierki, jak zostałem tu sam tak się zrobiło ,że jak popatrzyłem na cielisię stawała mi przed oczami żona, trzeba było ją karmić, zbierałem siano, kartofle, zboże , nie była nigdy głodna, dawała dużo mleka , teraz nie doi się, chyba z siedem lat, od trzech nie wyprowadzam jej ze stajni , nie mam już siły, teraz kiepsko je i nie może wstać, a jak wstanie to zaraz się kładzie , wiem ,że nie jest dobrze ,ale nie wiem co mam z tym zrobić, bo wydaje mi się że ją coś boli i pewnie przyszedł na nią czas.
Niech pan pomoże , żeby ją nie bolało.!!!.
Przez dłuższą chwile zbierałem myśli.
Zapomniałem ,że swoim zwyczajem powinienem mu wygarnąć ,jak mógł doprowadzić zwierzę do takiego stanu.
Znów zbieram myśli.
Dociera do mnie ,że to zwierze ma trzydzieści trzy lata i jak ten stary człowiek opiekując się krowa codziennie pamiętał o swojej żonie . Toż to pamiątka ,a nie zwierzę.
Tylko jak z tego impasu wybrnąć.
Tak proszę pana , przyszedł czas na tę krowę. Przecież ona przeżyła siebie już dawno. Na każdego przychodzi czas .
Ja nie jestem w stanie nic w tej materii zrobić , starości nikt nie oszukał i nie wynalazł na nią lekarstwa – także u ludzi. Trzeba przyspieszyć to co jest nieuniknione.
Ma pan rację doktorze – odpowiada , tak i ja myślałem ,ale bałem się pana o to prosić .
Umówiliśmy się ,że załatwię z ubojnikami ,że przyjadą ,strzelą krowę ,żeby nic jej nie bolało , ale z uwagi na to że nie przedstawia ona żadnej wartości rzeżnej oddadzą ją do utylizacji. Na tym stanęło.
Gdy żegnałem się z tym Panem, ściskając mu twarda dłoń, odniosłem wrażenia , że jakby się wyprostował , a oczy mu poweselały.
Jerzy Harmata.