Zawsze zadbany, elegancki, powiedziałbym nawet: nadążający za modą, pan w wieku ok. 60 lat. Bardzo dbający o swojego siedmioletniego psa. Rasy trudnej do określenia.
Zawsze wyraźnie czuć było od niego alkohol, a że jestem niepijący, wyczuwałem to podwójnie. Mimo stanu wyraźnie wskazującego, że jest „pod wpływem”, zawsze mówił wyraźnie, z poprawną dykcją i nienaganną polszczyzną. Postawa zawsze wyprostowana, żadnego zachwiania podczas chodzenia.
Przychodził regularnie raz na kwartał, żeby mu zbadać zwierzaka i kupował tabletki na odrobaczanie i – od wiosny do jesieni – preparaty na pchły i kleszcze. Przy kolejnej wizycie, badając psa, zauważyłem u niego kamień nazębny. Zrobiłem mały wykład na temat konsekwencji utrzymywania psa w tym stanie. Bez oporu wyraził zgodę na zabieg usunięcia kamienia nazębnego w dniu następnym.
Nazajutrz dostaję telefon z sali zabiegowej, żebym pilnie przyszedł. Lekarz zajmujący się stomatologią poprosił, żebym powąchał jaki zapach dobywa się z jamy gębowej pieska. Początkowo sądziłem, że jakaś zgnilizna albo coś podobnego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy
poczułem wyraźny zapach… alkoholu.
U alkoholików należy bardzo uważnie stosować wszelkie środki do znieczuleń ogólnych, a niektórych w ogóle nie można stosować, ponieważ mogą spowodować zatrzymanie akcji serca. Dlatego przy przyjęciu do szpitala na zabieg czy operację, wypełnia się ankietę, w której jest pytanie o alkohol. Podjąłem decyzję, żeby nie podawać żadnych trankwilizatorów i usunąć kamień nazębny „na żywca”, zwłaszcza, że pies był wyjątkowo spokojny i, wg mnie, w stanie upojenia alkoholowego.
W trakcie wydawania psa powiedziałem opiekunowi, co poczułem z psiego pyska. Nie był zdziwiony, choć moje stwierdzenie go zaskoczyło. Opowiedział, że jest samotny, w życiu prywatnym mu się nie ułożyło, że ludzie są straszni i że pies to jego jedyny przyjaciel. I w związku z tym psem piją razem, choć pies zdecydowanie mniej.
Wytłumaczyłem, że skoro to jedyny przyjaciel, to powinien zaprzestać praktyk z alkoholem. – Pies podczas spaceru, a widzę, że chodzi pan z nim na spacer bez smyczy, może stracić orientację. I tragedia gotowa – uzasadniłem swoją radę.
– Doktorze, on bardzo się mnie pilnuje i trzyma nogi – usłyszałem w odpowiedzi.
Minęło kilka tygodni,
wbiega tenże pan do gabinetu, cały zakrwawiony
i prosi o szybką pomoc dla swojego przyjaciela.
Pies wyglądał tragicznie. Po osłuchaniu i sprawdzeniu odruchu rogówkowego, mogłem tylko stwierdzić zgon. Na moje pytanie, jak do tego doszło, powiedział, że przechodzili przez przejście dla pieszych.
– W ostatniej chwili się cofnąłem, bo zauważyłem, że samochód nie zdąży przed przejściem wyhamować. Pies, niestety, nie zareagował i poszedł dalej… Reszty doktor się domyśla…
Rozpacz ze strony opiekuna była niesamowita. Jego płacz niósł się po całej klinice. Żegnając się ze mną, powiedział, że już nigdy nie będzie miał psa.
Nie minął miesiąc, jak zadzwonił do mnie i poprosił o wizytę. Przyszedł z nowym psem ze schroniska. Powiedział, że temu psu nigdy nie da alkoholu.
Kupił większe lusterko i będzie pił do lusterka. Słowa dotrzymał.
Ostatni raz widziałem tego psa, kiedy był w wieku 12 lat. Staruszek wprowadzał się z nim do Niemiec, do córki. Bardzo często wracał wspomnieniami do poprzedniego przyjaciela, którego stracił przez swoją głupotę.
Do niedawna, w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocnych odwiedzał mnie, zawsze z prezentem świątecznym.
Andrzej Pępiak