Niedziela, styczeń, zima, minus 15 stopni, śniegu po kolana. Dyżur w lecznicy w Nowym Targu. Wyjazdów do zwierząt gospodarskich dużo. Priorytetem na Podhalu zawsze były konie. Trzech lekarzy weterynarii i dwóch techników weterynarii, w tym ja, jako technik, oraz dwóch kierowców i sekretarka nie mamy czasu, aby coś zjeść.
Od sześciu godzin zapisane zgłoszenie do porodu u krowy, cały czas odkładane, zgodnie z niepisaną zasadą, że do porodu nie należy się śpieszyć. Druga kwestia: gospodarstwo mieściło się na drodze na Turbacz od strony Łopusznej. Nikomu nie uśmiechało się podjąć wyzwania. Jest to bardzo malownicza trasa w każdej porze roku, ale… nie zimą. Charakteryzująca się czasami bardzo stromymi podejściami.
Po kilku telefonach od gazdy podjęto decyzję, że losujemy, kto pojedzie odebrać poród. Miałem nadzieję, że nawet jak padnie na mnie, mającego zaledwie czteromiesięczne doświadczenie w zawodzie, to odpowiedzialność weźmie na siebie któryś z bardziej doświadczonych dyżurujących.
Jakże się myliłem, padło na mnie!
Po losowaniu wszyscy się rozeszli, a kierowca powiedział, że idzie do samochodu i grzeje silnik. Spakowałem do torby wszystko, co może się przydać do porodu, latarkę taterniczą oraz narty do chodzenia po śniegu. Na odchodne spytałem dr. Kubę Baraniaka: – A co, jak będzie potrzebna cesarka? Odpowiedział, że jest mało prawdopodobna, bo to jest czwarty poród.
No i ruszyliśmy w drogę. Kierowca powiózł mnie do osiedla Zarębek Niżnych. A, znając to gospodarstwo, powiedział:
– Teraz, jak się ogarniesz, to za trzy godziny tam dojdziesz. Trzymaj się szlaku niebieskiego. Jak wrócisz tutaj, to tam jest budka telefoniczna, zadzwonisz, ktoś po ciebie przyjedzie. No to w drogę…
Na początku było nieźle, ale fizycznie był to spory wysiłek. Na trasie są dwa wyjątkowo strome podejścia, a trasa biegnie głównie przez las. Co jakiś czas patrzyłem na zegarek, licząc ile jeszcze przede mną, ale bardziej moje myśli biegły w kierunku powrotnej drogi, kiedy na pewno będzie już ciemno.
Zgrzany, po prawie trzech godzinach, widzę gospodarstwo i w końcu przyjazny widok – dym z komina. Gospodarz bardzo mile przywitał i zaprowadził do obory. Krowa leżała na świeżo wyścielonej słomie, widać było wyraźnie, że krowy, a było ich razem sześć sztuk, zadbane, sierść błyszcząca, w żłobach pełno karmy. Przygotowując się do pomocy przy porodzie, rozbierając do pasa, założyłem gumowy fartuch i rękawicę, poprosiłem o ciepłą wodę, mydło i ręcznik, gospodarz powiedział, że są przygotowani i gaździna już niesie. Miałem kibiców, czterech synów, w wieku od ok. 14 do 20 lat. Po mojej prośbie szybko podnieśli krowę i przyparli do ściany, żeby nie zarzucała zadem. Po włożeniu ręki do dróg rodnych wyczułem bardzo dobre rozwarcie dróg rodnych, przebiłem pęcherz płodowy – i tu zaskoczenie. Liczę i doliczyć się nie mogę. Wg mnie to w drogach rodnych jest… pięć nóg. Ale, biorąc pod uwagę moje zmęczenie drogą oraz małe doświadczenie, nie byłem pewny, czy dwa razy nie liczę tych samych nóg.
Po trudach zepchnięcia „na czuja” wciskających się odnóży, zostały dwie nogi, wyraźnie wyczuwałem raciczki jednakowo ułożone. Powyżej raciczek założyłem pętle z linek porodowych, na każdą kończynę osobno. Po ustabilizowaniu i naprężeniu końcówki linek przekazałem je w ręce młodych, silnych kawalerów. Przekazałem, że na moją komendę mają równomiernie pociągać, a ja będę kontrolował sytuację w drogach rodnych.
Wszystko szło dobrze, poród typowo pośladkowy.
Problem zaczął się w momencie wchodzenia klatki piersiowej do dróg rodnych. Żebra zaklinowały się i pojawił się duży problem, bo moi pomocnicy nie do końca słuchali poleceń. Po kilkunastu minutach powiedziałem, że albo słuchacie poleceń i wykonujecie z precyzją to, co mówię, albo wyciągam fetotom i tniemy płód na kawałki. Oczywiście blefowałem, bo… nawet nie miałem z sobą fetotomu (fetotom jest to zestaw narzędzi, służący do rozczłonowania płodu, składający się ze sztywnej rury, elastycznego drutu, piłki drucikowej oraz rękojeści do mocowania piłki). Na moją uwagę zareagował gospodarz i ustawił swoich synów do pionu. Jakich słów używał, nie będę przytaczał – ale poskutkowało.
W miarę szybko udało się wyciągnąć cielaczka na zewnątrz. Po udrożnieniu nozdrzy i wytarciu słomą, okazały cielaczek nieporadnie podszedł do matki i zaczął ssać siarę. Mimo zmęczenia sprawdziłem jeszcze raz, co znajduje się w drogach rodnych. W zasięgu długości mojej ręki nic nie wyczułem. Z zadowoleniem, obmywając siebie oraz myjąc i pakując linki porodowe, patrzyłem z satysfakcją na nowe życie. Podziękowałem pomocnikom, poszliśmy do izby.
Gdy wypisywałem kwit i rozliczenie za wizytę, zaproponowano mi góralską herbatkę. Odpowiedziałem, że z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że na początku było mi bardzo gorąco, a teraz bardzo zimno. Widząc, że gaździna nastawia czajnik na herbatę, postanowiłem popatrzeć, jak nowo narodzone życie się zachowuje. Wchodząc do obory zauważyłem, że matka-rodzicielka ciężko oddycha i ma wyraźne parcie porodowe. Sądziłem, że wypiera łożysko, pomyślałem, że pomogę. Wróciłem po torbę z narzędziami, założyłem gumowy fartuch i rękawicę.
Wkładam rękę i… zdumienie:
czuję wyraźnie dwie nogi i główkę. Nie czekając na pomoc, zacząłem sam podciągać nóżki po ustabilizowaniu główki i, przy bardzo mocnych parciach porodowych matki, nieco mniejszy cielak bardzo szybko znalazł się na zewnątrz. Po oporządzeniu szybko wstał i dorwał się do wymiona. W tym momencie wszedł gospodarz, zapraszając na herbatkę. Jego zdziwienie było bardzo wielkie, kiedy zobaczył dwa cielaczki. Po ponownych obmyciu poszedłem do izby, gaździna powiedziała, że zrobi nową herbatę, bo tamta już wystygła.
Drżącymi z zimna rękoma wziąłem filiżankę i pociągnąłem łyk herbaty. Myślałem, że umrę, ten łyk spowodował u mnie bezdech, myślałem, że oczy z orbit mi wyskoczą. Nie wiem, jak to długo trwało, ale prawie żegnałem się z życiem na bezdechu. Gospodarz, widząc sytuację, szybko zaczął mnie klepać po plecach. Zdziwiony zapytał, czy piłem kiedykolwiek herbatę góralską. Odpowiedziałem, że tak, na Krupówkach. Zaczął się śmiać. Wyjaśnił, że prawdziwa góralska herbata to jest pół szklanki spirytusu, a druga połowa to wrzątek herbaty. A na Krupówkach to podróbki, „fołsywki” jak to określił – na dnie wódka i reszta to herbata.
Biorąc pod uwagę moją drogę powrotną, poprosiłem o normalną herbatę. Gospodarz przygotował wyprawkę z własnych wyrobów i oczywiście bimberek. Nie przyjąłem, tłumacząc, że i tak mam ciężką torbę, a czeka mnie droga po ciemku.
Po bardzo miłym pożegnaniu, przy pomocy rakiet śnieżnych i latarki, zszedłem po około trzech godzin do Zarębek Niżnych. Zadzwoniłem do lecznicy, Przekazano, że będą niedługo po mnie, bo właśnie wracają z Harklowej, to przez krótkofalówkę przekażą, żeby mnie zgarnęli po drodze. Dosłownie po pięciu minutach podjechał samochód. Do lecznicy dotarłem koło dwudziestej pierwszej. Czekała na mnie reszta dyżurującej załogi i musiałem zdać relację. Po wysłuchaniu i pogratulowaniu, dr Jan Serwin kazał mi iść do domu, mimo, że dyżurować miałem do 7.30 w poniedziałek.
Ten dyżur, choć skrócony, okazał się owocny:
miałem dwa, a nawet trzy, nowe doświadczenia: dwa cielaki, herbatka góralska i, dwa razy po trzy godziny chodzenia po głębokim śniegu w rakietach śnieżnych.
We wtorek zadzwonił do mnie (pracowałem w Lecznicy w Czarnym Dunajcu) dr Jan Serwin i przekazał, że gazda od dwóch cielaków przywiózł dla mnie kosz różnych przysmaków i prosił o ich przekazanie. Było tego dużo więcej, niż to, co chciał mi przekazać w niedzielę.
To jest cały urok pracy na Podhalu…
Andrzej Pępiak