Rok 1986, drugi rok mojej pracy. Zostaję kierownikiem PZLZ w Brąszewicach, w województwie sieradzkim. Koniec świata, zadupie, mała gmina, wciśnięta w lasy na granicy z Wielkopolską, 30 km od metropolii, czyli Sieradza. Trochę zapomniana gmina i małe przysiółki, gdzie prąd doprowadzono w latach 60., a drogę asfaltową w 70.

            Ta cywilizowana izolacja odbiła się bardzo na mentalności ludności tubylczej, aczkolwiek miłej i gościnnej, gdzie od wojny bimber pędzono w każdej wsi, a nielegalny ubój i przerób wszystkich zwierząt, łącznie z tymi skłusowanymi, był tak naturalny jak jazda autem po pijanemu (jeździli tylko ci, co już iść nie mogli…).

            Już pierwszego dnia, po przedarciu się przez tuzin wozów konnych ze schorowanymi stworzeniami, które tarasowały całe podwórko przed agronomówką, gdzie mieściła się lecznica dla zwierząt (dwa pokoje i toaleta), dostałem prosty „strzał”, który postawił mnie na baczność.

            Po drugim śniadaniu, około godziny jedenastej, w drzwiach lecznicy stanęła staruszka i od razu wyrzuciła z siebie:

– O, la Boga! O! la Boga! Sraka na tapali łomaźno, zgęziało, a z dytków lecą gongi. Osłupiałem i zdrętwiałem, bo, jako warszawiak w trzecim pokoleniu, wychowany między Brzeską a Ząbkowską, wiele ksywek i slangów wprawdzie słyszałem, ale

to przerosło moją wyobraźnię.

            Poprosiłem panią, aby usiadła. Ta chwila pozwoliła mi na pozbieranie myśli. Zwróciłem się do pana Jurka,  dotychczasowego szefa lecznicy, wszystkowiedzącego technika weterynarii, który dla wszystkich był jedynym doktorem (a nie ja, młokos po studiach, z miasta) z pytaniem, o czym ta staruszka mówi.

            Rozwiązanie tej zagadki było proste i oczywiste: skoro sroka usiadła na topoli, to był widoczny znak, że zaraz stanie się coś złego. I tak też było. Krowa po obecności sroki na drzewie dostała natychmiast zapalenia wymienia – i to tak poważnego, że ze strzyków (dydków) zaczęły się z mlekiem wydobywać kłaczki zgorączkowanego mleka.

            W tych okolicach przyroki, czyli magiczne klątwy i zaklęcia, były wciąż bardzo popularne i stosowane, niejednokrotnie niszcząc komuś życie.  Bo, dla przykładu –  gdybym miał złe oczy i na mój widok koń by się zaczął niepokoić, szarpać, pocić i pokryłby się pianą,  to – jako lekarz weterynarii – nie miałbym czego szukać w danej gminie. Bo nikt by mnie nie wpuścił do swojego gospodarstwa.

         Jakoś mi się udało nikomu nie podpaść

i jeszcze dwadzieścia parę lat praktykowałem w tej, oddalonej od cywilizacji, gminie i zrozumiałem, po co szydłuje się śledzionę u cieląt (dla pobudzenia odporności) i jak należy odczyniać przyroki.

            Przy tej ostatniej czynności wersji było parę, ale do podstaw należało wypiąć się tyłem do zachodzącego słońca i onucą czy skarpetką przetrzeć najpierw odziany tyłek –  trzy obroty w prawo, a potem potrzeć po karku zauroczonej zwierzyny.

            Początki mojej pracy nacechowane były elementami nadmiernej empatii w stosunku do zwierząt i ich właścicieli, co nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem hodowców utrzymujących te stworzenia. Pamiętam wiosenny dzień, środa (bo co dwa tygodnie w mojej wsi, w środy, odbywały się targi wszelakie i ze zwierzętami również), centrum wsi, główne skrzyżowanie, tłum ludzi. Podchodzę do kiosku „Ruchu” po gazetę i kątem oka widzę gospodynię z innej wsi, u której poprzedniego dnia leczyłem schorowaną maciorę. Pytam więc, a właściwie krzyczę przez całe skrzyżowanie:

         – Jak tam maciora?

            Na co gospodyni odpowiada (wszyscy zamilkli i stanęli w oczekiwaniu dalszego rozwoju wypadków):

            – Dobrze, doktorze… Pierdolła.

            Od tamtej pory mój wywiad po leczeniu zwierząt, ze zrozumiałych względów, był bardziej oględny i przeprowadzany subtelniej, bez publiczności.

            W czwartym roku mojej pracy (w 1988r. ) uhonorowano mnie talonem na małego fiata –  mogłem go sobie kupić, żeby potem zajechać go w terenie.

            Taki talon to było duże wyróżnienie.

Z żoną co wieczór rozważaliśmy, jaki kolor pojazdu wybrać. Po paru miesiącach dostałem wezwanie do Polmozbytu w Łowiczu (100 km od mojego miejsca zamieszkania) i po dokonaniu wpłaty pojechałem po odbiór wymarzonego narzędzia pracy. Na miejscu okazało się że są tylko w jednym kolorze i do tego… w wersji angielskiej. Zabrałem co było i szczęśliwy wróciłem do lecznicy.

            Następnego dnia do lecznicy zgłosiła się starsza pani z odległej o 12 km  wsi. Uznając, że trzeba pilnie to zgłoszenie załatwić, zapakowałem ją do malucha i pojechaliśmy do jej gospodarstwa. Wracając, już w mojej wsi gminnej, jak zwykle, wstąpiłem do kiosku po gazetę. A kioskarka do mnie z pytaniem:

–  Dochtór, a gdzie ta stara pana wiezła? Przecie ona prawa jazdy nie ma…

                                                                                                              Tomasz Mroczek