W pierwszych latach tego stulecia, kiedy jeszcze nie obowiązywały w naszym kraju rygorystyczne przepisy dotyczące, ogólnie rzecz biorąc, dobrostanu, jaki należy zapewnić utrzymywanym w gospodarstwie zwierzętom, co bardziej światli obywatele wyszukiwali w przyszłych przepisach sposobu na pozbycie się zwierząt z terenów miejskich.
Wiadomo że niegdyś, nawet w wielkich aglomeracjach miast, utrzymywano przecież konie potrzebne do transportu towarów (dostawa opału, zaopatrzenie sklepów, przeprowadzki, itp.). Szczególnie liczna ilość zwierząt gospodarskich utrzymywana była na obrzeżach miast, co zrozumiałe – wraz z rozwojem przemysłu, migracją ludności z wiosek do miast za pracą, gospodarstwa te powoli stawały się integralną częścią tych aglomeracji.
Nowo mianowani mieszczanie nieufnie patrzyli za ogrodzenie, gdzie co bardziej wytrwali gospodarze nadal oddawali się wiejskiemu, sielskiemu życiu.
w Olkuszu, przy ulicy Dworskiej, ostało się jedno gospodarstwo.
Niegdyś było to gospodarstwo spore, jak na olkuskie warunki. Młodzi, po latach nauki i zdobyciu zawodu, założyli swoje rodziny daleko od rodzinnego domu, zaś pozostali na włościach starzy właściciele, powoli tracąc siły, postanowili sprzedać połowę ziemi. Sprytny nabywca gruntu nie stawiał parkanu oddzielającego jego część od starego gospodarstwa, licząc że za parę lat, kiedy gospodarz bądź gospodyni zostaną sami, uda mu się nabyć i drugą połowę.
Po śmierci staruszki w gospodarstwie został samotnie jej mąż. Starzec, liczący sobie już ok. osiemdziesięciu lat, jak na swój wiek, dawał sobie jakoś radę. W gospodarstwie utrzymywał nadal wiekowego konia, jałówkę w wieku ponad 2 lat (nigdy nie rodzącej, bo nigdy nie krytej) oraz pieska – zwyczajnego kundelka.
Pewnego przedpołudnia starzec przyszedł do inspektoratu, uskarżając się na młodego sąsiada – nabywcę połowy działki.
Sąsiad widząc, że starzec został sam w gospodarstwie, postanowił działać.
Podnosząc uciążliwość sąsiedztwa zapuszczonego gospodarstwa, częstych i głośnych schadzek w starych budynkach na terenie gospodarstwa amatorów tanich trunków, wpadł na pomysł postawienia parkanu pomiędzy działkami. Sęk w tym, że po dokładnym, geodezyjnym rozgraniczeniu działek, okazało się, że budynek stajni, w której dziadzio trzymał konika oraz jałowicę, przekracza granicę działki i całą szczytową ścianą posadowiony jest na części odkupionej przez sąsiada. Podczas dobijania transakcji obydwie strony były świadome tego, że budynek stajni zahacza o odsprzedaną połówkę działki, lecz żadnej ze stron wówczas to nie przeszkadzało. Jednak po kilkunastu latach sąsiad zmienił zdanie i… zburzył część budynku, stojącą na jego części. Konik od pewnego czasu nie miał więc w stajence jednej ściany oraz części dachu. Dziadzio postanowił rozwiązać problem tanio i szybko – rozciągając w miejscu po byłej ścianie i zadaszeniu potężną, grubą plandekę, co zupełnie zdawało egzamin chroniąc konia przed chłodem i opadami.
Sąsiad poszedł więc dalej w swoich pomysłach. Tym razem, jako że zbliżał się okres zimowy, postanowił złożyć gdzie potrzeba – oczywiście, w trosce o dobrostan rumaka – skargę na dziadzia, iż ten znęca się nad zwierzęciem. Zgłoszenie, drogą okrężną, trafiło do Powiatowego Lekarza Weterynarii w Olkuszu.
Muszę przyznać, że po przeczytaniu skargi,
sam zapałałem chęcią ukarania bezdusznego właściciela zwierzęcia,
trzymanego w tak okropnych warunkach – w stajni bez dachu i jednej ściany. Postanowiłem wespół ze stróżami prawa odwiedzić gospodarstwo, gdzie, zgodnie z donosem, gniadoszowi dzieje się wielka krzywda. Na miejscu skojarzyłem, że jesteśmy w gospodarstwie staruszka, który wcześniej już kilkakrotnie odwiedził mnie, relacjonując swój problem z bezdusznym sąsiadem. Po sprawdzeniu zapasów paszy, jaką gospodarz zgromadził na okres zimy, stanu zdrowia jałowicy oraz konia a także warunków bytowania zwierząt, sporządziłem opinię, w której nie dopatrzyłem się wskazanych w skardze zarzutów.
Bezwzględny sąsiad nie dawał za wygraną. Któregoś dnia pod inspektorat zajechała radiolka policyjna. Stróże prawa prosili, abym pojechał z nimi oraz urzędniczką z magistratu na ulicę Dworską, gdyż tam, w jednym z gospodarstw, rolnik trzyma konia ze złamaną kończyną przednią. O tej bulwersującej sprawie, wyjaśnili mi funkcjonariusze, poinformował wydział ochrony środowiska życzliwy mieszkaniec miasta Olkusz.
Od razu domyśliłem się, że i tym razem chodzi zapewne o znane mi gospodarstwo starszego pana. Ale wszystko mogło się zdarzyć, więc i do złamania kończyny mogło przecież dojść. Tym bardziej, bo rzeczony koń liczył sobie już około trzydziestki!
Po przybyciu na miejsce okazało się, że i tym razem „troskliwy” sąsiad nie do końca miał rację. Żadnego złamania u konia nie stwierdziłem. Koń tym razem został przepędzony z wątpliwej jakości stajni (bez ściany) do stodoły. Tu, otoczony wokoło balotami słomy, luźno sobie hasał, a raczej człapał po glinianym klepisku zaścielonym obficie słomą. Koń nie pracował od lat i nie miał czyszczonych kopyt, które wyrosły nadmiernie, powodując charakterystyczne koślawe ustawienie w stawach pęcinowych; słowem – podpierał się pęcinami. Końskie kończyny, jak stwierdziłem w badaniu, nie wykazywały wszakże najmniejszej bolesności.
Ponownie wypisałem stosowne zaświadczenie, wytrącając z rąk sąsiada mocny – jak mu się wydawało – argument.
Ten jednak nie poprzestawał.
Tak uprzykrzał życie dziadziowi, że ten w końcu nie wytrzymał.
W przypływie wielkiej desperacji, nie widząc sposobów, przy pomocy których mógłby odeprzeć ciągłe ataki ze strony sąsiada, wziął zamach i z małej buteleczki wylał złośliwcowi jakiś płyn prosto w twarz. Nie była to zapewne czysta woda, gdyż wystraszony sąsiad wezwał pogotowie i, oczywiście, stróżów prawa.
Jako że poszkodowany uskarżał się na pieczenie śluzówek oraz skóry twarzy uznano, że dziadzio-desperat użył, jako „argumentu” w zwadzie, jakiegoś żrącego płynu. Służby pobrały próbki płynu do analizy, zaś ofiara trafiła na oddział do miejscowego szpitala. A dziadzio trafił do aresztu. Zwierzęta z gospodarstwa gmina przekazała pod opiekę do stadniny w Udożu.
Niebawem okazało się, że zamach nie był taki groźny – dziadzio, jak wykazała analiza próbki, ochlapał bowiem sąsiada… wodą zmieszaną z alkoholem. Ten szybko, zdrów jak ryba, wrócił do domu.
Dziadzio jednak odsiedział ok. 2 miesięcy w areszcie, po czym wrócił do pustego gospodarstwa. Po paru dniach wróciły i zwierzaki (koń, jałowica-dziewica, oraz kundelek). Podczas kolejnej wizyty u mnie,
poradziłem dziadziowi, aby oddał zwierzęta na skup,
pozostawiając sobie jedynie psiaka. Przekonywałem go, że nie poradzi sobie z natrętnym sąsiadem. Że szkoda jego zdrowia na walkę z całą zgrają urzędników, stróżów prawa, miłośników zwierząt napuszczanych co rusz przez zaborczego sąsiada.
Chyba mnie posłuchał. Bo przestał już przychodzić, aby opowiedzieć o kolejnej perfidnej intrydze, wymyślonej przez sąsiada.
Kazimierz Janik