KLUB SENIORA LEKARZY WETERYNARII
woj. Małopolskiego
Aktualności Klubu Seniora
Komunikat
Koleżanki i Koledzy, Lekarze Weterynarii – Seniorzy Małopolscy! W dniu wczorajszym otrzymałem informację od Kol. Seniorów Lek. Wet. z województwa Śląskiego o organizowanym w dniu
Galeria Klubu Seniora
Opowiadania lekarzy weterynarii z życia zawodowego
Po pijaku nie podchodzi się do psa
Dyżur w Boże Narodzenie. Zimno, cisza, zero pacjentów. Popijając herbatę, zastanawiałem się, czy w ogóle jacyś się zgłoszą. Słuchając przyciszonych kolęd, z nudów robiłem przegląd leków w szafie. I nagle wpada tornado. Kobita, którą pierwszy raz widzę, a powiem nieskromnie – mam bardzo dobrą pamięć wzrokową: krzyczy, że przeze mnie jej mąż leży w szpitalu. Mówię: – Niech
Ja najlepiej wiem, ile nerwów i stresu kosztował mnie ten zabieg. Panie doktorze, lwica rodzi…
Poznań, jesienna, dyżurna sobotnia noc. Dochodzi 12 w nocy. Deszcz bębni po dachu, nie daje spać. Nagle telefon od sekretarki: z ogrodu zoologicznego chcą rozmawiać. Proszę połączyć. – Panie doktorze, lwica rodzi, są problemy. – Od kiedy rodzi? – Od rana. – Nie rozumiem. Macie swojego lekarza do 16. I nie rozwiązał problemu? – Gdy
Historia ta na pewno potoczyłaby się inaczej, gdyby nie mój „guru”, prof. Zygmunt Wrona. Suczka i piesek w jednym
Yorkshire terier, suczka sześciomiesięczna, przyjechała na konsultację. Od czasu zakupu (a została zakupiona w wieku dwóch miesięcy) podczas oddawania moczu cały czas obsikuje sobie uda po wewnętrznej stronie. Opiekunka załamana, ponieważ za każdym razem po sikaniu musi swoją milusińską myć. Była u kilku lekarzy, diagnozy były różne, ale leczenie zupełnie nieskuteczne. Po przeprowadzeniu dokładnego wywiadu przystąpiłem do badania klinicznego.
Jak jamnika przerobić na prosiaka. I odwrotnie…
Panie doktorze, moja Księżniczka nie chce jeść szynki, polędwiczki, nawet baleronu, który uwielbia – powiedziała kobieta, wchodząc do gabinetu. – A gdzie jest Księżniczka? – zapytałem. – Zaraz przyjdę razem z nią, ale czy doktor nas przyjmie? – Tak, przyjmę. Była godzina dwudziesta, późna jesień. Stan wojenny. Myślę sobie: co za indywiduum…Ja dostaję kartki na jedzenie dla moich dzieci.
Walka o fonendoskop
Pół roku po stażu. A ja używam swojego fonendoskopu, który kupiłem i używałem podczas studiów. W lecznicy, w której pracowałem, leczenie zwierząt odbywało się z „za biurka”. Bez termometru, bez fonendoskopu, bez młoteczka opukowego. Krótki (a nawet bardzo krótki) wywiad – i już była diagnoza. Co prawda, leków było „pięć na krzyż”, a z góry wiadomo, jaka jest diagnoza. Diagnozowano
Dziś już nie te czasy, kiedy za mądrych uważano ludzi myślących… Czy buhaj może zmienić płeć?
Arkady Fiedler popełnił swego czasu książkę pod tytułem „Widziałem szczęśliwych Indian.” Dawno, oj dawno temu, bo dziś zniknęli nawet oni. Jeżeli jednak już się taki trafi, to musi mieć certyfikat identyfikacyjny z chipem. Bez tego nikt mu nie uwierzy, że jest Indianinem. Cóż, takie czasy. Dzieje się tak nie tylko w Ameryce, kolebce słynnego HACCP. W naszych skromnych warunkach
Okrutne czasy
Czas kilku ostatnich lat komuny w PRL był dosyć okrutny. Pensję jak wcześniej gwarantowało państwo i (w zasadzie) pracę również. W zasadzie, bo w końcówce lat osiemdziesiątych do weterynarii zawitało widmo braku leków. Ot, lekarze rejonowi nie mieli za co kupować leków i całą weterynarię prowadziliśmy metodą „ratuj się kto może”. Apteka lecznictwa była wypełniona lekarstwami, które niezbyt się do
Pan Wichocki przeprasza
Przy jednej z ulic w Ciechocinku znajduje się niewielkie gospodarstwo rolne, prowadzone przez państwa Wichockich. Miałem to szczęście, że zdobyłem sobie zaufanie i ogromny, chwilami aż żenujący mnie, szacunek tych przemiłych ludzi. Taką, wręcz namacalną, miarą tego szacunku było zdarzenie, do którego doszło podczas jednej z moich wizyt w tym gospodarstwie. – Panie doktorze, wszystkie krowy właśnie stoją w oborze.
Gdzie weterynarz nie może, tam myśliwy sprawę załatwi… Pora pożegnać agresora
Historia ta wydarzyła się początkiem tego wieku, w latach, kiedy, jako urzędnik państwowy – Rejonowy Lekarz Weterynarii – mogłem, zgodnie z obowiązującym prawem, prowadzić działalność gospodarczą. Prowadziłem jednoosobową działalność o nazwie „Usługi weterynaryjne”. Swoją działalność gospodarczą zarejestrowałem w US bezpośrednio po sprywatyzowaniu usług weterynaryjnych, świadczonych przez lekarzy weterynarii. Jedenaście lat pracy w państwowej lecznicy dla zwierząt zaowocowało wielością gospodarstw,
Kto nie eksperymentuje, ten błądzi… Cudowny elektrosedator
Staram się nadążać za niektórymi nowinkami w zawodzie. Można powiedzieć, że wręcz ulegam kaprysom mody. Kiedy było trzeba, zgłębiałem tajniki radiestezji, zapoznałem się z podstawami elektroakupunktury, doprowadziłem do zakupu lancetronu, którego to wydatku dyrekcja Wojewódzkiego Zakładu Weterynarii we Włocławku jeszcze do dziś mi nie zapomniała. Dyrektor twierdził, że przez ten właśnie zakup doprowadziłem do ruiny finansowej nasz kochany WZWet. Pociesza
I nagle mnie oświeciło: zabójcą może być… prąd! Trudna diagnoza
Do zdarzenia, które tu opisuję, doszło w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kilka lat po ukończeniu przeze mnie studiów weterynaryjnych. Wczesny, chłodny, październikowy poranek. Jak każdego dnia, ok. ósmej przyjeżdżam do lecznicy, w której podjąłem pierwszą stałą pracę. Każdego dnia coraz silniej daje się wyczuć nadchodzącą, chłodną, jesień. Czas najwyższy na uruchomienie ogrzewania, gdyż temperatura w lecznicy niewiele różni się
Primum non nocere. Komu potrzebna jest prawda?
Zbyszek takich nazywa „młynkami”. Nie mam pojęcia, skąd to zapożyczył. Ot, pies, ze dwa świniaki, czasem chuda krowinka. Oni zawsze mają nierzeczywiste problemy. Ot, na przykład: ile podać leku na robaki dla dwóch kokoszek i koguta? Czyżby nie wiedzieli, że lek na robaki podaje się nie na kokoszki, tylko na litry wody do picia? Ech! Wardusiak zgłasza rzadko. Ale, jak