KLUB SENIORA LEKARZY WETERYNARII
woj. Małopolskiego
Aktualności Klubu Seniora
Galeria Klubu Seniora
Opowiadania lekarzy weterynarii z życia zawodowego
Dziś już nie te czasy, kiedy za mądrych uważano ludzi myślących… Czy buhaj może zmienić płeć?
Arkady Fiedler popełnił swego czasu książkę pod tytułem „Widziałem szczęśliwych Indian.” Dawno, oj dawno temu, bo dziś zniknęli nawet oni. Jeżeli jednak już się taki trafi, to musi mieć certyfikat identyfikacyjny z chipem. Bez tego nikt mu nie uwierzy, że jest Indianinem. Cóż, takie czasy. Dzieje się tak nie tylko w Ameryce, kolebce słynnego HACCP. W naszych skromnych warunkach
Okrutne czasy
Czas kilku ostatnich lat komuny w PRL był dosyć okrutny. Pensję jak wcześniej gwarantowało państwo i (w zasadzie) pracę również. W zasadzie, bo w końcówce lat osiemdziesiątych do weterynarii zawitało widmo braku leków. Ot, lekarze rejonowi nie mieli za co kupować leków i całą weterynarię prowadziliśmy metodą „ratuj się kto może”. Apteka lecznictwa była wypełniona lekarstwami, które niezbyt się do
Pan Wichocki przeprasza
Przy jednej z ulic w Ciechocinku znajduje się niewielkie gospodarstwo rolne, prowadzone przez państwa Wichockich. Miałem to szczęście, że zdobyłem sobie zaufanie i ogromny, chwilami aż żenujący mnie, szacunek tych przemiłych ludzi. Taką, wręcz namacalną, miarą tego szacunku było zdarzenie, do którego doszło podczas jednej z moich wizyt w tym gospodarstwie. – Panie doktorze, wszystkie krowy właśnie stoją w oborze.
Gdzie weterynarz nie może, tam myśliwy sprawę załatwi… Pora pożegnać agresora
Historia ta wydarzyła się początkiem tego wieku, w latach, kiedy, jako urzędnik państwowy – Rejonowy Lekarz Weterynarii – mogłem, zgodnie z obowiązującym prawem, prowadzić działalność gospodarczą. Prowadziłem jednoosobową działalność o nazwie „Usługi weterynaryjne”. Swoją działalność gospodarczą zarejestrowałem w US bezpośrednio po sprywatyzowaniu usług weterynaryjnych, świadczonych przez lekarzy weterynarii. Jedenaście lat pracy w państwowej lecznicy dla zwierząt zaowocowało wielością gospodarstw,
Kto nie eksperymentuje, ten błądzi… Cudowny elektrosedator
Staram się nadążać za niektórymi nowinkami w zawodzie. Można powiedzieć, że wręcz ulegam kaprysom mody. Kiedy było trzeba, zgłębiałem tajniki radiestezji, zapoznałem się z podstawami elektroakupunktury, doprowadziłem do zakupu lancetronu, którego to wydatku dyrekcja Wojewódzkiego Zakładu Weterynarii we Włocławku jeszcze do dziś mi nie zapomniała. Dyrektor twierdził, że przez ten właśnie zakup doprowadziłem do ruiny finansowej nasz kochany WZWet. Pociesza
I nagle mnie oświeciło: zabójcą może być… prąd! Trudna diagnoza
Do zdarzenia, które tu opisuję, doszło w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kilka lat po ukończeniu przeze mnie studiów weterynaryjnych. Wczesny, chłodny, październikowy poranek. Jak każdego dnia, ok. ósmej przyjeżdżam do lecznicy, w której podjąłem pierwszą stałą pracę. Każdego dnia coraz silniej daje się wyczuć nadchodzącą, chłodną, jesień. Czas najwyższy na uruchomienie ogrzewania, gdyż temperatura w lecznicy niewiele różni się
Primum non nocere. Komu potrzebna jest prawda?
Zbyszek takich nazywa „młynkami”. Nie mam pojęcia, skąd to zapożyczył. Ot, pies, ze dwa świniaki, czasem chuda krowinka. Oni zawsze mają nierzeczywiste problemy. Ot, na przykład: ile podać leku na robaki dla dwóch kokoszek i koguta? Czyżby nie wiedzieli, że lek na robaki podaje się nie na kokoszki, tylko na litry wody do picia? Ech! Wardusiak zgłasza rzadko. Ale, jak
Barbarzyńskiej tradycji powiedziałem: nie!
Będąc czynnym urzędnikiem państwowym – piasując funkcję Powiatowego Lekarza Weterynarii – sprawowałem minn. nadzór nad zakładami produkującymi żywność zwierzęcego pochodzenia. Nadzorem tym objęte były również zakłady ubojowe, w tym ubojnie drobiu. Na terenie mojego powiatu (olkuskiego) funkcjonowała spora ubojnia drobiu, zbudowana już po wejściu Polski do struktur UE, odpowiadająca wymogom unijnym, wyposażona w najnowsze technologie stosowane w tej branży.
Pierwsze kroki na swoim
Rok 1989 to z pewnością ten czas, w którym pewnie każdy lekarz weterynarii w kraju zachodził w głowę, co to dalej będzie z tą weterynarią i co takiego należy począć, by zabrać się z falą zapowiadanych zmian w krajowej gospodarce. Jak sprawić, by wreszcie pójść na swoje. Praca w jeszcze prowadzonych wówczas PZLZ była coraz słabiej opłacana, a galopująca inflacja
Technik weterynarii za Wielką Wodą. Tańczący z… kurami
Kiedy w 1982 roku, jako polityczny uchodźca, znalazłem się w Stanach Zjednoczonych, miałem nadzieję na znalezienie pracy jako technik weterynarii. Moje późniejsze wykształcenie prawnicze (magister po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim) nie rokowało bowiem, w perspektywie co najmniej kilku lat, najmniejszych szans na pracę w tym zawodzie. Głównie z powodu bariery językowej, zupełnie innego systemu prawa i konkurencji na rynku
Wielka przemiana służby weterynaryjnej jednym kolegom pomogła, innym nie koniecznie. Niektórych skłoniła do ujawnienia swego prawdziwego, brzydkiego oblicza… Wyścig szczurów…
W roku 1990 w naszym kraju nastąpiła radykalna zmiana struktury zawodu lekarza weterynarii. Dotychczasowa państwowa służba weterynaryjna, podobnie zresztą jak wiele innych dziedzin gospodarki, poddała się masowemu procesowi prywatyzacyjnemu. Zaraz po uchwaleniu ustawy o zawodzie lekarza weterynarii oraz o izbach lekarsko – weterynaryjnych, nie czekając na uregulowania prawne dotyczące procesu prywatyzacyjnego, wielu kolegów – lekarzy weterynarii, postanowiło na własnych
Zachciało się Serwinowi kozaczyć
Rok 1989 witałem z nowymi nadziejami. Kształtująca się sytuacja polityczno-gospodarcza w kraju dawała promyk nadziei na nowe rozwiązania w działalności gospodarczej. A i w życiu prywatnym nastąpił przełom. Budowa domu w Kamionce Wielkiej ruszyła z kopyta. Wkrótce przekonałem się, że moje wynagrodzenie z pracy w lecznicy weterynaryjnej jest niższe niż pomocnika na budowie. Stanąłem przed wyborem – co dalej.